Spektakularne przepychanki z mułłami irańskimi wkraczają w gorączkową fazę. Nie jest chyba dla nikogo przytomnego tajemnicą, że Izrael rozwali im instalacje nuklearne, jeśli nie będzie miał innego wyjścia. Amerykanie twierdzili początkowo, że Izraelczycy nie są w stanie przeprowadzić tak zmasowanego uderzenia, ale nagle zmienili zdanie.
Rewizja stanowiska USA nastąpiła po izraelskim rajdzie lotniczym na konwoje z irańską bronią dla Hamasu - w oddalonym o 1400 km pustkowiu sudańskim. Robert Gates stwierdził właśnie, że być może izraelskie uderzenie „opóźniłoby o parę lat realizację programu atomowego, ale w konsekwencji zwiększyłoby jedynie determinację Irańczyków”.
Administracja Obamy sonduje możliwość polubownego wyperswadowania mułłom aspiracji atomowych. Oczywiście wysiłkom tym, sekunduje pełna wigoru dyplomacja europejska. Rzecz jasna, chodzi przede wszystkim o to, żeby zyskać na czasie i realizować nadal tłustawe kontrakty z Iranem, który sam z siebie nabierze naturalnego wstrętu do atomu (...).
Iran „nie nabierze”, bo chce być mocarstwem regionalnym, żeby eksportować „rewolucję kulturalną”... i tym samym opanować bliskowschodnie pola naftowe (gdzieś za 10 lat ropa mu się wyczerpie i co wtedy). Do tego potrzebna jest Iranowi broń jądrowa, którą dla pozoru wygraża Izraelowi, co w misternej grze wstępnej okazać się może błędem w sztuce.
Przypuszczalnie Amerykanie i Izraelczycy w najbliższych miesiącach podzielą się rolami - jedni będą się uśmiechać, drudzy grozić palcem. Irańczycy zaś w końcu - po obecnym sukcesie z kozą - bekną cienko, bo chcą się zabrać do klonowania krowy.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)