Wczoraj straciłem prawo do zasiłku.
Jest w tym sens, nie tylko ukryty, a wręcz zupełnie jawny: albo zacznę oszukiwać Państwo, i wytworzę PKB po szarej stronie, albo zdechnę z głodu. To, że obie opcje są niezgodne z moim poglądem na obowiązki obywatela nie ma wiekszego znaczenia. Już raz przez to przeszedłem. Pod koniec XX wieku moja rodzina skarmiała sie zupą z pokrzywy i lebiody. Oczywiście to moja wina, jestem chorowity, a poza tym dupa, nawet kombinować nie umiem. Ale pamietam swoje zaskoczenie, gdy 20 lat temu w opiece społecznej dostałem twardą informację o tzw. "obowiązku alimentacyjnym". Miałaby mnie wykarmic biedna matka oraz ojciec... Niby sensowne, to oni mnie chcieli, nie Państwo. Tylko równocześnie widziałem pięć ton węgla z MOPSu wysypane na podwórko dyrektora szkoły. Widocznie już nie miał rodziców...
Teraz w zasadzie mam dwa wyjścia - iść po Słupy Heraklesa, licząc że uda mi się w bogatszych rejonach kontynentu użebrać po kilogramie paszy treściwej dziennie na bezroboczożołądek, lub przejść gehennę u lekarzy, którzy być może stwierdza, że jak sie człowiek schyla i prostuje, po czym nie jest w stanie oddychać, to pewnie nie jest w stanie pracować...
To chyba sobie wydrukuję kilka próźb o wsparcie w językach obcych. To daje więcej szans na przeżycie kolejnych kilku lat.
W takiej, na przykład oczywiście, Szwecji, nie miałbym tego problemu. Ale ja już wole bezlitosną Polskę. Choćby jako memento. "Był, żył, kochał. Nie przewidziały go przepisy."


Komentarze
Pokaż komentarze