(utwór stary, nieco przerobiony dla celów komercyjnych :P )
Garść miedziaków rzuconych do dzbana obudziło drzemiącą wyobraźnię Johnny'ego Beefeatera. Krąg dzieci, przed chwilą jeszcze niewielki, poszerzał się z każdą chwilą. Johnny pogrzebał chwilę w worku zawieszonym na wózku i wydobył niezbędne oprzyrządowanie. Na scenie, która jeszcze przed chwilą była zwykłym podróżnym, pstrokato pomalowanym wózkiem, pojawił się las i chatka oraz kłębek szmat, dla sprawnie posługujących się wyobraźnią dzieci nadzwyczaj przypominający małą dziewczynkę. Johnny westchnął z udręczeniem i w tej chwili widowisko można było uznać za rozpoczęte:
Była sobie w lesie chatka
W której żyła stara matka
Oraz dziewczę lat niewielu,
Urodzona po weselu
Tejże matki z tatkiem córki,
Co z powodu białej burki
Się Kapturkiem Białym zwała,
O niej będzie bajka cała...
Tu Beefeater łyknął nieco wina dla obudzenia muz, które dziwnym trafem często przysypiały podczas spektakli.
Niestety, kubek umiarkowanie pracowicie wydłubany w dębinie z dalekich walijskich lasów, a właściwie jego
zawartość, w umiarkowanym pesymizmie zawahała się przed przekroczeniem progu nabrzmiałych poezją warg Johnny'ego, kubek wyślizgnął się z umiarkowanie czystej dłoni, przechylił się i schlapał winem kukłę mającą obrazować bohaterkę baśni. Sens (umiarkowany) prologu baśni uleciał wraz z kolorem.
-A dlaczego ta dziewczynka ma czerwony kapturek, a nie biały? Bo jakby miała zielony, to by mogła być moim
wujkiem Robinem, on ma taki. I łuk ma. I dużo pieniędzy. Tylko tatuś mówi, że to sknera, bo nie chce dać nam nigdy ani pensa! – dziewczynka siedząca na ziemi pod samą sceną miała zadatki na krytyka literackiego, tym bardziej, że podczas wygłaszania tego zdania z zapałem dłubała w nosku.
Chłopiec obok niej wyglądał się dojrzalszego.
-Tatuś mówi, że już niedługo jego oddział pojedzie do lasu i jak złapią twojego wujka to powieszą go na suchej gałęzi! Albo mu flaki wyprują na placu: Błeee...- wywrócił oczami.
-A dlaczego na suchej?- dziewczynka wydawała się być tym zainteresowana bardziej, niż nieudolnym próbom
Beefeatera zwrócenia uwagi widowni na scenę.
-Pewnie dlatego, że taka sucha to lepiej sprężynuje... Bzzzyyyt! I twój wujek poleci wysoko, wysoko, a potem prask! Rozdyźda się na ziemi!
-Ale fajnie! Nigdy nie widziałam rozdyźdanego wujka!
Johnny Beefeater nie poddawał się łatwo! „Dobra, przebrzydłe bachory, nie po to wędrowałem to przez ten przeklęty Sherwood, by taki drobiazg mi przeszkodził! Spróbujemy jeszcze raz..” zamruczał pod nosem i podniósł głos, aby zapanować nad widownią:
Była sobie w lesie chatka
W której żyła stara matka
Oraz dziewczę lat niewielu,
Urodzona po weselu
Tejże matki z córki tatą,
Co nieznany jest nam za to...
Owe dziewczę zaś z przyczyny
Barwy stroju jak maliny,
Nazwana Purpuratką
Jest przez innych dzieci stadko.
Dnia owego, w letniej porze,
Gdy nikt pola już nie orze
Jeno czeka się na plony,
Z nudów plotąc psom ogony,
Lub się z mostu w rzekę pluje,
Denerwując tym szczeżuje,
Racicznice oraz skójki
I zazdrosne muchy plujki,
Zawołała Purpuratkę
Własna matka tuż przed chatkę
I tak do swej córki rzecze:
„Coś mnie dzisiaj w gardle piecze,
Zgagę mam lub prościej, kaca,
Niech córeczka ma nie wraca
Nim od babci z chatki w lesie,
Na kolację nie przyniesie
Dzbana z winem, albo może
Ze dwa dzbany. Tu niebożę,
By starucha się nie darła,
Masz koszyczek pełen żarła,
Rozmaitej zieleniny,
Bo to zdrowe dla babiny,
Grzybek octem już zalany,
Trup zwierzęcy zapiekany,
Jakieś placki z dżemem z róż,
Teraz leć po wino już!”
-Ja wczoraj też latałem po wino! - chłopczyk był wyraźnie z siebie dumny. -Ale nie do lasu, tylko do Rozenkranca i Gildensterna. I tatuś nie dał mi koszyka, tylko kazał im powiedzieć, że zapomni o brudle... burdlelu... no, o tej szopie na podwórzu. I dostałem dwa dzbanki.
-A co to jest brudlel? -dziewczynka wreszcie się ożywiła.
-No jak to co? Ta szopa, chyba...
Więc pobiegło dziewczę lasem,
By wyrobić się przed czasem,
Poprzez knieję i polany
Mknie Kapturek zasapany,
Aż nad brzegiem leśnej strugi
Wykopyrtnął się jak długi.
„Chyba głupia bym że była,
Gdybym stale tak pędziła,
Wszak tu kwiatki śliczne rosną,
Ba, piękniejsze niźli wiosną!
Więc nazrywam starej kwiecia,
Z tych badyli dam wiechecia,
Bo te placki suche już,
A i śmierdzi dżemik z róż...”
I tu padła na kolana
W śpiewy boru zasłuchana,
Zapatrzona w zieleń mchu,
Owe kwiatki rwie bez tchu.
A tymczasem gdzieś zza krzaka
Się przygląda jej pokraka,
Co wygląda mi na wilka,
Lecz wystarczy jedna chwilka,
By pod z wilka futrem się
Wyłoniły dłonie dwie,
Zapocone tym widokiem,
Bowiem tyłem, a nie bokiem
Się wypięła tak do Zwierza,
A, że odzież była świeża
Oraz kusa, i że upał,
Więc widoczna była...
Ostrzegawcze chrząknięcie rodzica, znacząco poklepującego krótki, aczkolwiek wyglądający na ostry miecz przerwało wenę Beefeatera. No tak, jeśli właśnie akcja zaczyna się ciekawie rozwijać, to zawsze ktoś się musi wtrącić... „Ech, losie podły poety! Dobra, niech będzie zwierzak nudny, czyli jak najbardziej prawdziwy...”
A tymczasem gdzieś zza krzaka
Się przygląda jej pokraka,
Co ma paszczę jak ceberek
Oraz innych przywar szereg.
Szare futro, wszędzie wrzody,
Dobra, to był wilk niemłody.
Nawet stary, rzec by można,
W którym jedna tylko drożna
Była rura, znaczy japa -
I to wówczas, gdy nie chrapał
I nie dławił się kurczakiem
Czy też jakimś z sierści kłakiem.
Głupi był jak prefekt miasta
Albo włosów blond niewiasta
Lecz Kapturka znając tego,
Powiem: trafił swój na swego...
Więc podsunął się wilk krzynkę
I zagadał tak dziewczynkę:
„Miła Pani, sama w lesie?
A co tam w koszyczku niesie?
Może schabik albo serek?”
A że z wilka był ogierek
Mimo wieku już znacznego,
Niby, że do kosza tego
Chce zaglądnąć, lecz faktycznie
W dekolt się parabolicznie
Patrzy... Bowiem takie hoże
Już wyrosło dziewczę w borze.
Lecz choć wyrośnięta w płucach,
Na kolana nas nie rzuca
Zapas intelektu dziewki,
Co na chłopców stare śpiewki
Nabrać się bez trudu dała
I do wilka zagadała:
„No, wałówkę babci niosę,
Pasztet z gęsi, szynkę z prosem,
Masło, czosnek, placki stare,
Oraz zbuków z jajek parę.
Oj, łaskoczesz mnie po brzuchu!
To dla babci, łakomczuchu!
Lepiej tu trzymaj tę łapę,
Nie załapiesz się na gapę
Na śniadanko, wilku stary...”
A opodal już szuwary,
Strumyk z wolna i polanka,
Trawka oraz kopa sianka,
Więc tam wilk Kapturka wiedzie,
Niby myśląc o obiedzie,
Niby tylko w koszyk łypie,
Lecz już łapą ku jej...
Pacnięcie w kark można by uznać wręcz za pieszczotliwe, gdyż Johnny przygryzł sobie jedynie język, a szybkie
przeciągnięcie nadwyrężonym organem po zębach upewniło go, że ma je wciąż wszystkie. To znaczy wszystkie te, które znajdowały się tu poprzednio...
-To jest bajka dla dzieci, moich też, zboczeńcu... –cichy bas za plecami przywrócił Beefeatera do rzeczywistości.
Realnej i pełnej mlecznych zębów, obślinionej, często zasikanej i bardzo nudnej...
-Dobra, dobra, ja tylko tak...
„A gdzie mieszka twoja babka?”
- zatrzaskuje się pułapka
Na naiwność nastawiona.
„A to która lasu strona,
Bo się trochę pogubiłam,
Gdy wianuszek z kwiatków wiłam?”
Drapie w głowę się wilczysko,
Bowiem był już bardzo blisko
Do kolacji aż z dwóch dań
I to w różnym wieku pań.
„Ach, już wiem!”- dziewczynka rzecze
„Tuż za krzakiem tym porzeczek
Dróżka się do babci wije.
Lecz już biegnę, bo mi gnije
Stary ser co mam w kobiałce”.
Tylko tego cwanej pałce
Za wskazówkę wystarczyło
I choć wcale nie jest miło
By po chaszczach gnać tak na czczo,
Lecz, że wilk z natury macho,
Więc dwie mile przez las cały
Krótką chwilę mu zabrały.
Wpadł do chatki, babkę schrupał,
Potem, chociaż był tam upał
Ni chwileczki nie barłożył,
Tylko suknię babki włożył,
Zapakował się w posłanie.
Co się teraz dzieci stanie?
Dziewczynka siedząca tuż przed Johnnym podskoczyła do góry. –Ja powiem, ja! Na pewno się porzyga! Bo nie wolno biegać przed obiadem!
Chłopiec siedzący obok wyszczerzył przetrzebione zęby:
-I na pewno mu śmierdzi ta sukienka! Ja mam babcię i jej sukienki strasznie śmierdzą, bo babcia sika pod siebie! Tatuś mówi do mamy, że jakby babcię w rzece namoczyć, to wszystkie ryby wyginą!
-Głupi jesteś! Ryby same śmierdzą!
-To ty jesteś głupia! Śmierdzą jak się je je, a jak pływają w rzece, to nie śmierdzą! Ty śmierdzisz, bąka puściłaś!
-To nie ja, to ten pan puścił bąka, cały czas puszcza!
Johnny'emu sprawy zaczęły się wymykać z rąk. Pomyślał, że jednak należy unikać pytań retorycznych. Bo dzieci chyba jednak nie znają tego pojęcia...
Stało się co stać się miało:
Gdy wilczysko zalegało
Na posłaniu w domu babki,
Nasz Kapturek, choć bez mapki
Przez las gęsty i polanki
Doszła w końcu do lepianki.
Drzwi ze zgrzytem otworzyła,
Lecz choć jeszcze młoda była
I wzrok dobry dziewczę miało,
To w półmroku nie poznało
Że nie babcia to w posłaniu,
Choć w cuchnącym jej ubraniu.
Lecz coś niepokoi dziewkę,
Więc zaczyna znaną śpiewkę:
„Czemu masz tak duże ręce?
Wszak nie mieszczą się w sukience?”
„Bo na lasu tej granicy
Często żyją rozbójnicy,
Gdybym mniejsze ręce miała,
Jakbym ich zaspokajała?
Po czterdziestu często chodzą
I mnie na pokuszenie wodzą”.
„Coś masz oczy duże strasznie”.
Na co Zwierzę jak nie wrzaśnie:
„Skąd się bierze twe zdziwienie?
Mam od rana zatwardzenie,
Też byś oczy takie miała
Gdybyś tyłek se zatkała!
A po za tym, w tej ciemności
Łatwiej mi przyjmować gości”.
„O, zrobiłaś sobie szczękę?
Pewnie z zębów masz wyrękę?”
„Udowodnię, dziewczę głupie
I cię na obiadek schrupię!”
Tu wilk skoczył na Kapturka,
Aż jej spadła z pleców burka,
I tunika, i pończoszki,
Oraz takie dziwne w groszki...
-Hmm...
Johnny obejrzał się za siebie i przeanalizował, choć samo słowo "analiza" było mu obce. „Nie, zdecydowanie trzeba to inaczej opowiedzieć. Ta pałka wygląda na bardzo twardą” .
Połknął dziewczę wilk w całości,
Potem w łóżku się wymościł,
A po chwili sen go złapał,
Więc już na całego chrapał.
Tak by sprawa się skończyła,
Gdyby to nie bajka była,
Lecz ma bajka swoje prawa,
A więc toczy się zabawa:
Wkrótce potem chatkę mijał
żołnierz, który często pijał
Razem z babcią wino z beczek,
Z winorośli i porzeczek,
Z pigwy, z malin oraz z gruszki,
I z jałowca, i z pietruszki,
Z mchu, paproci i ogórków,
Z starych kapci oraz sznurków.
Zawsze kiedy go suszyło,
Szedł do babci zalać ryło.
Tak i teraz wszedł do chatki
I od zwykłej zaczął gadki:
„Jak ci leci, raszplo stara,
Wina nalej mi do gara,
Bo od rana łeb mi pęka,
Niech się skończy moja męka!
Później z żołdu ci zabulę”
– tak zagadał do niej czule.
Ale patrzy on na łoże,
A tam, choć podobna może,
Lecz coś gęba zbyt kosmata,
Prędzej starej ojca, brata!
Bo choć babcia brodę miała,
To mniej włosiem porastała!
Wojak kciukiem przetarł oczy,
Potem z mieczem w łoże wskoczył,
Jednym ciosem rozpruł wilka,
A ostatnia już to chwilka
Była, bowiem babka z wnuczką
Miały tlenu już maluczko,
I upchnięte w wilczą kiszkę
Miały bezdech i zadyszkę.
Jakaż radość tam nastała!
Purpuratka nasza mała
Nie wróciła już do matki,
Nie rzuciła babci chatki,
Lecz we trójkę tam mieszkali,
Tak, słuchacze moi mali.
Wyszła za mąż Purpuratka
Za żołnierza, bo to gratka
Dla z prostego ludu dziewki.
Teraz koniec będzie śpiewki.
Morał każda bajka miewa,
Niech więc także tu rozbrzmiewa:
„Nikt Kapturkom nie podskoczy,
chociażby miał wilcze oczy!
Albośmy to jacy tacy?
….gdy alkohol i wojacy?...



Komentarze
Pokaż komentarze (5)