Czekając aż Alan weźmie ‘nogi w troki’ i uraczy nas w końcu jakąś recenzją filmową(z historycznego punktu widzenia, he he..jeszcze raz gratuluje Alan) sam uskrybię skromną. Skromną nie tylko dlatego, że rzeczony film widziałem miesiąc temu i nie zdążyłem go opisać przed moim exodusem z miasta, ale przede wszystkim dlatego, że mam raczej słaby warsztat filmoznawczy.
„Zabić prezydenta” w reżyserii niejakiego Gabriela Range’a to film paradokumentalny, który narobił sporo szumu jeszcze przed wejściem do kin, a tuż po pokazach festiwalowych. I nic dziwnego, bo nie dość, że jest kontrowersyjny to jeszcze bardzo dobry. Ośmieliłbym się nawet napisać, że w swojej kategorii ‘niby dokumentu’ to prawdziwy pięciogwiazdkowiec. Film szczegółowo odtwarza wydarzenia przed, w trakcie i po... udanym zamachu na obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych sami-wiecie-kogo. Oglądamy wypowiedzi najbliższego otoczenia Busha, przez kobietę od przemówień po szefa Secret Service, słuchamy wypowiedzi agentów FBI i żony skazanego muzułmanina(niesłusznie jak 'para sugerują' autorzy). Dostajemy szczegółowy, realny opis wydarzeń od przylotu Busha do Chicago, przez zamieszki na ulicach i same strzały zamachowcy po zaprzysiężenie wiceprezydenta Cheneya i pogrzeb Georga Dablju. Wszystko jest tak autentyczne, że po piętnastu minutach wierzymy, że president Bush has really been assasinated. Co jednak najważniejsze: film nie jest tępą krytyką obecnego prezydenta USA, daleko mu od krytyki obecnej ekipy Białego Domu w stylu ‘FUCK BUSH’(mój kumpel z liceum, obecnie policjant, pisał coś takiego na ławkach, a na pytanie chemiczki co jest główną przyczyną ocieplenia klimatu odpowiedział, że Bush). Gdy Bush jedzie przez Chicago witają go wielotysięczne antymanifestacje. Tysiące fanatycznych antybushowców. Ich obraz jest bliższy jednak nienawistnej tłuszczy niż ideowej młodzieży. Generalnie film jest wolny od ideologicznego zacięcia i widać, że reżyser za główne zadanie postawił sobie nie przedstawienie własnych poglądów, ale jak najwierniejsze pokazanie wydarzeń według klucza „co by było gdyby”. Daje to efekt niezwykłej autentyczności – współpracownica prezydenta ma łzy w oczach, a manifestant „antysystemową” pianę na ustach. Szczególnie ciekawie robi się po samym zamachu – rozszerzenie Patriot Act, atak na kolejnego satrapę z bliskiego wschodu, pogrzeb, śledztwo, szybki, pokazowy proces, nowe poszlaki...Robi się political fiction w przyszłości, przy czym nie wiem czy to fiction. I chyba dlatego film był tak bardzo krytykowany. Za bardzo blisko mu do bardzo prawdopodobnych scenariuszy.
Szczerze polecam. Ten film to diagnoza współczesnego państwa i społeczeństwa amerykańskiego. Wyważony, rozsądny, z tlącym się pytaniem: dokąd zmierzasz Ameryko?
HarryJ



Komentarze
Pokaż komentarze