Kiedy jestem już nieżywy w osobistym otępieniu
W swym szaleństwie staję żywy – śmierć mnie woła po imieniu
A ja idę, a ja chodzę i przed ścianą pustą staję
Po letalnym przebudzeniu w urojone biegnę raje
Z jedną nogą się odrodzę, z ręką w cudzym przyrodzeniu
Cóż mi pozostało z siebie – szlifowanie pustki z błota
Kontemplacja dziury w niebie – przytulanie się do kota
Kryształowy zapach trutki, którą zabijałem szczury
Czarna zgroza świat kolebie pielęgnując niezabudki
I pragnienie taniej wódki, by zapomnieć sekatury
Boski alfons dał mi dziwki, bym je najął do roboty
Kwaśne śliwki robaczywi dla męskiego idioty
Cóż zostało z wymacanej seksualnej triangulacji
Trochę kurzu pod tapczanem, ślady dawnej defekacji
Koło dupy poświęconej podczas zbożnej konfirmacji
Podrzucając śmieci w łęgach stoisz nago przy szynkwasie
Budzisz się w potężnych cęgach z jakimś liściem na kutasie
A przy tobie dziwożona nie chce puścić cię za palec
Rozkazuje ci potęga, aż się nie rozpuścisz w kwasie
Żebyś spłacił kurwiszona zanim utnie cię padalec
Pustkę zjadasz, pijesz, trzymasz – mur murujesz, Zośkę zginasz
Kłamiesz swą martwotą myśli, kiedy rodzisz noworodka
Że gdy diabli z piekła wyszli, nic gorszego cię nie spotka
I przyglądasz się w malignie, jak wiatr trzęsie biednym bratkiem
Gnijąc, bożą peklowiznę konserwujesz własnym zadkiem
Gdy się budzę w przerażeniu w obcym ciele gołej strzygi
Z martwą duszą na ramieniu zbieram swoje dawne rzygi
Gdy usypiam nagrodzony za mękę wstrętnego tycia
Śnię nieziemskie anemony ukrytego sensu bycia
Nieistnieniem opłaconym złudzeniem podłego życia
30
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze