Ech, przerwa świąteczna nie pozostała bez wpływu na politykę i samych komentatorów. Po chwilowym zastoju wszyscy jęli na wyprzódki opisywać ostatnie wydarzenia. A, że nie było ich za wiele, to niemalże wszystko zostało napisane i moje obserwacje byłyby jedynie powielaniem salonowych wniosków.
Więc z innej beczki. Świąteczne lenistwo skłoniło mnie do prowokacyjnego pytania: co z obietnicami wyborczymi kandydatów na radnych? I tu małe zaskoczenie - wcale nie chodzi mi o standardowe obietnice typu: zbuduję, załatwię, sprawię, że... i tym podobne. Chodzi mi o banalną obietnicę reprezentowania nas, mieszkańców oraz naszych spraw w debatach publicznych. O obietnicę upublicznienia i dopuszczenia do dyskursu naszych opinii. Miało być tak pięknie.
A tymczasem z niekłamanym smutkiem obserwuję jak radni zajęli się typowymi sprawami - układkami politycznymi oraz targowiskiem pt. "komu dać więcej z budżetu". Radni okazują się być tak naprawdę instrumentem prezydenta miasta do realizacji własnych interesów. Widać to wyraźnie w Ostrołęce, gdzie podskórnie czuje się ubezwłasnowolnienie radnych i sprowadzenie do roli semaforów.
Wiem, to moje subiektywne odczucie. Być może mylne. Spodziewam się tu komentarza przynajmniej kilku osób. Ale co mogę myśleć, gdy czytam pewne rozważania nad budżetem i widzę, że sprowadzają się one w znakomitej większości (no, powiedzmy w 70%) do... fatalnej jakości materiałów i niechlujstwa przygotowujących je urzędników?
Trochę szkoda, że radni bardziej dbają o komfort prezydenta a nie mieszkańców. Ktoś powie - być może oczekiwania się pokrywają. Być może. Ale gdyby nawet, to smutne pozostaje to, że radni zalotnie zerkają w stronę prezydenta - a nie mieszkańców.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)