Nie wiem czy tylko ja mam takie wrażenie, że PR Jarosława Kaczyńskiego wyjechał na wczesny urlop (lub został tam wysłany) i zostawiono prezesa PiS samemu sobie. Czy wyobrażacie sobie Państwo, by dajmy na to przegrany kandydat wyborów prezydenckich w USA zachowywał się w sposób, ujmimy to "dziecinny"? Żeby nie przyszedł na zaprzysiężenie, by zamiast tego obrażał się i krytykował na swojej konferencji? Oczywiście mógłby. Nie musi przecież go lubieć. Tylko, że w USA wyliczono to i tamto i wyszło, że takie zachowanie się po prostu nie kalkuluje! Czemu? Ano temu, że jak łatwo wydedukować brak takiej akceptacji i łamanie pewnych norm, nasuwa wrażenie jakoby kandydat nie akceptował drugiego, a co za tym idzie nie akceptował wyboru większości wyborców. Odcinanie się od większościowej grupy wyborców to polityczny masochizm, a czasami i samobójstwo. Co powinien zrobić JK w takiej sytuacji? Przyjść, pogratulować, uśmiechać się, wyrazić nadzieję i zostawić po sobie ciepły wizerunek, pokazać że umie się przegrywać (i że wciąż można na niego liczyć). Tymczasem wizerunek jaki zostawia po sobie były kandydat to obrażalski, mrukliwy smutas. Kto by chciał dziś na kogoś takiego głosować?
Ja rozumiem, że jest to człowiek zszargany ogromną tragedią rodzinną. To, że zachowuje się emocjonalnie i to nie są pozytywne emocje, może być tlumaczone traumą. Tylko, że kiedyś ten etap przymykania oczu na to, ze względu na 10 kwietnia minie, i Kaczyński spotka się z odbiorem takiej samej frustracji, jaką sam okazuje. Poza tym skoro jest skłonny do takich zachowań, to może i dobrze że nie został prezydentem... Niechaj odpocznie, niech ma czas na refleksje, i niech ochłodzi głowę z emocji po tym jak przeżyje okres żałoby.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)