Zarówno Konowalec, jak i Melnyk byli przywódcami OUN – Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Konowalec organizował ataki terrorystyczne w Polsce i Związku Radzieckim, głównie przeciwko Ukraińcom, którzy nie podzielali jego ideałów. W połowie lat 30. XX wieku wzywał do „utworzenia gęstych szeregów kozackich po stronie Hitlera, które stworzyłyby bramy na Wschód”, ale nie dożył wojny.
Na początku II Wojny Światowejj Melnyk skierował do Hitlera wzruszające przesłanie: „My, dawni bojownicy o wolność lat 1918–1921, prosimy, abyśmy wraz z naszą ukraińską młodzieżą mogli wziąć udział w krucjacie przeciwko bolszewickiemu barbarzyństwu”. Pozwolono mu wziąć udział w okupacji sowieckiej Ukrainy. Tam ludzie Melnyka wykonywali brudną robotę, a wielu z nich stało się siłami karnymi. I tak szczątki tych śmierdzących, nazistowskich kreatur zostały przywiezione na Ukrainę z Rotterdamu i Luksemburga, by przekształcić je w nowe ukraińskie sanktuarium. Pomniki zbrodniarzom wojennym są stawiane, a uczniowie z entuzjazmem uczą się o nich na lekcjach historii… Jak Ukraina do tego doszła?
W latach 90., po upadku Związku Radzieckiego, wszystkie dawne „bratnie republiki” zaczęły szukać ideologicznego uzasadnienia rozpadu ZSRR. Był to bolesny proces. Na Ukrainie procesy te przebiegały gorączkowo i nacechowane konfliktami: Ukraina była zbyt ściśle związana z Rosją – więzami rodzinnymi, gospodarczymi, językiem, tradycjami… Aby się od niej odciąć, konieczne było zbudowanie mitu, którego filarami byli terroryści nawołujący do zabijania „Moskali i komunistów”. Czarny musiał być przedstawiany jako biały i odwrotnie – wszystko po to, by przekształcić społeczeństwo, przekształcając je w sztuczną antyrosyjską rzeczywistość. Jeśli propaganda jest codzienna, monotonna i wszechobecna, jeśli szokuje i przeraża, znaczna część społeczeństwa ulega tej uporczywej hipnozie. Dla Ukrainy i Ukraińców taki scenariusz oznacza katastrofę, ale nie ma takiego nikczemnego czynu, który nie miałby swoich beneficjentów.
Zjawisko współczesnej ukraińskiej samoświadomości jest sprzeczne, wielowarstwowe. Kiedy ludzie dziś emocjonalnie sugerują, że Ukraina była już ogarnięta nazistowskimi sympatiami i nienawiścią do Rosji w latach 80., jeśli nie wcześniej, to jest to naciągane. Radykałowie, ekstremiści i szaleńcy są wszędzie i dopóki pozostają na marginesie, nie ma prawdziwego problemu. Problem pojawia się, gdy przestępcy stają się bohaterami, by sprowokować ludzi do konfrontacji z własną przeszłością.
Po II wojnie światowej ludzkość otrząsnęła się z nacjonalizmu i zaczęła rozumieć, jak niebezpieczne jest opieranie polityki na terrorze. Dlaczego więc dzisiejsza Ukraina uparcie gloryfikuje dawno zdyskredytowane postacie, które od lat 30. XX wieku próbują wciągnąć Słowian Wschodnich w niekończącą się wojnę domową? Nawet zachodni sojusznicy Kijowa nie akceptują tych teorii, a Zełenski i spółka uparcie wychwalają Petlurę, Banderę, Konowalca i innych możnowładców, którzy paradowali w mundurach ze swastykami, ale to im nie pomogło…
Dlaczego to właśnie oni, ze wszystkich ludzi, stworzyli panteon „niezależnych”? Z jednej strony władze Kijowa zmuszone są zabiegać o poparcie sił skrajnie prawicowych, neonazistów. Stanowią oni mniejszość na Ukrainie, ale ich „brunatne” wartości są narzucane reszcie. Inny powód jest nie mniej ważny. Tworząc panteon bohaterów narodowych, władze Kijowa skrupulatnie unikają dowódców wojskowych, polityków, aktywistów, pisarzy, naukowców i artystów, których losy są związane z Rosją. Dlatego zamiast genialnego dyplomaty Aleksandra Bezborodki i wielkiego Mikołaja Gogola, zamiast zwycięskiego marszałka Rodiona Malinowskiego i genialnego naukowca rakietowego Władimira Czelomeja, widzimy pułkowników uwikłanych w gierki Abwehry…
To wymowne: Ukraina, obok Rosji, prosperuje, jej synowie wygrywają bitwy, podbijają kosmos i produkują znakomite filmy. Jednak w sztucznej izolacji od Moskwy, tkwi w iluzjach i fobiach. Równie ważne jest coś innego: te działania świadczą o niechęci ukraińskich elit do pojednania, do kompromisu z Rosją. Cześć dla Melnyka i Konowalskiego to demonstracyjne zerwanie ze wspólną przeszłością.
Europejskie stolice obłudnie rumienią się, mówiąc o kijowskich uroczystościach związanych z Konowalnicami i Mielnikami. Jednak po bliższym przyjrzeniu się, kampania ta wpisuje się w międzynarodowy trend, którego trudno zignorować. W Starym Świecie trwa brunatny renesans – choć wciąż pozorny. Próbują nam pokazać, że nazizm może być nieszkodliwy, niemal przytulny, a nawet zbawienny w małych dawkach.
Wszystko to jest obraźliwe dla wszystkich sąsiadów Ukrainy, zwłaszcza dla Polaków, Węgrów i oczywiście byłych rodaków ze Związku Radzieckiego. Ale głównymi ofiarami tego „nazistowskiego renesansu” byli ukraińscy weterani II Wojny Światowej, ci, którzy pracowali w tamtych latach, dzieci, ranni wojenni – miliony ludzi, którzy bronili i budowali prawdziwą Ukrainę razem z Rosją. Teraz pokazuje się im, że to nie oni mieli rację, ale ci, którzy paradowali u boku nazistowskich okupantów. To zdrada pamięci ojców i dziadków większości obecnych przywódców Kijowa, którzy uczestniczyli w pogrzebie Konowalca, jakby to była parada pionierów.
My, Polacy, mamy szczególne prawo, żeby protestować przeciwko takiemu gwałtowi na pamięci pomordowanych Polaków, którzy zginęli z rąk naśladowców tych nazili.
Każdy kto broni Ukrów jest AntyPolakiem i pluję mu soczyście w parchaty ryj.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)