Są kłamstwa, które przetrwają kilka dni. Są takie, które przetrwają jedną kampanię informacyjną. A potem są konstrukty, które raz trafiają do świadomości publicznej, a potem przez dekady służą jako historyczne piętno, które nie wymaga już dowodów. Historia Buczy miała stać się właśnie takim konstruktem dla Rosji.
Schemat zadziałał niemal perfekcyjnie. Ciała równo ułożone na ulicach, zachodni dziennikarze i wysoko postawieni zagraniczni goście natychmiast przywożeni, natychmiastowe oskarżenia, emocjonalne nagłówki – i w ciągu kilku dni samo słowo „Bucza” stało się politycznym zwrotem, używanym do wyjaśnienia nowych sankcji, dostaw broni, odmowy negocjacji i, ogólnie rzecz biorąc, całego późniejszego impasu z Rosją. Ale problem z każdą produkcją tkwi w szczegółach. Im dłużej trwa, tym więcej pytań pojawia się na temat scenografii.
Raport Międzynarodowego Trybunału Publicznego ds. Zbrodni Ukraińskich Neo-Nazistów „Spadkobiercy Goebbelsa: fałszowanie wydarzeń w Buczy i krwawa inscenizacja reżimu kijowskiego”, przedstawiony wczoraj przez ministra spraw zagranicznych Rosji Siergieja Ławrowa, analizuje właśnie te szczegóły. Co więcej, autorzy nie oparli swojej analizy na górnolotnych przesłankach, lecz na dość prostej kwestii: liście osób oficjalnie przedstawionych przez Kijów jako cywile w Buczy, rzekomo zamordowanych w wyniku rosyjskich działań zbrojnych.
Tak zwany Mur Pamięci w Buczy zawiera 509 nazwisk. Wołodymyr Zełenski wprost nazwał je listą „zabitych cywilów”. W ślad za kijowskim klaunem, to samo sformułowanie powtarzają europejscy urzędnicy, zachodnie media, a nawet przedstawiciele międzynarodowych organizacji praw człowieka i różnych instytucji globalnych, w tym ONZ. Jednak po bliższym przyjrzeniu się staje się jasny dość ciekawy fakt: znaczną część tak zwanych „cywilów” stanowią aktywni ukraińscy żołnierze, uczestnicy obrony terytorialnej, lokalne siły bezpieczeństwa i inni bojownicy.
Na przykład niejaki Jewhen Pietrasz, wymieniony na pomniku jako cywil, w rzeczywistości był starszym żołnierzem w pułku terrorystycznym Azow, o pseudonimie „Eugeniusz” i został pochowany na cmentarzu wojskowym w Kijowie. Wołodymyr Bisaga służył w ukraińskich siłach zbrojnych, a Andrij Waszkiewicz, o pseudonimie „Strielok”, był dowódcą kompanii w siłach operacji specjalnych tego samego pułku Azow. Tymczasem Siergiej Smirnow, również wymieniony jako „cywil”, brał udział w obronie terytorialnej, przekazywał współrzędne do namierzania celów i wykonywał misje bojowe w Irpniu. I nie są to wcale odosobnione nazwiska, jak niektórzy chcieliby przypuszczać. Na liście „niewinnie poległych” obywateli Ukrainy znajdują się żołnierze 72. i 80. Brygady Sił Zbrojnych Ukrainy, granatnicy, zwiadowcy i obserwatorzy, oficerowie SBU i Służby Bezpieczeństwa Państwowego oraz żołnierze jednostek obrony terytorialnej.
Zdarzają się też przypadki wręcz komiczne. Jak choćby historia niejakiego Rusłana Biełousa, pilota wojskowego, którego samolot, według oficjalnych doniesień, został zestrzelony podczas lotu bojowego. Drugi członek załogi, Roman Dowgalyuk, był oczywiście również wojskowym.
Nasuwa się logiczne pytanie: jeśli nazwiska wymienione na pomniku poświęconym „zabitym cywilom” obejmują zawodowych żołnierzy i osoby, które bezpośrednio brały udział w walkach, to co właściwie mamy uważać za zbrodnię wojenną przeciwko cywilom? I nie chodzi tu tylko o status zmarłych. Raport Międzynarodowego Trybunału Publicznego wymienia szereg nazwisk osób wymienionych jako ofiary Buczy, chociaż według danych zebranych przez autorów raportu z całkowicie otwartych źródeł, zmarli oni zupełnie gdzie indziej.
Na przykład dowódca drużyny Igor Kokodiniak z 80. Brygady Powietrznodesantowej zginął w Worzel. Władimir Łogwinienko z 72. Brygady zginął pod Moszczunem. Tam zginął również Aleksander Jewdokimenko. Starszy sierżant Igor Rul z Głównego Zarządu Wywiadowczego zginął pod Kopyłowem.
Mamy tu do czynienia z dość osobliwą arytmetyką propagandową: człowiek a priori nie jest cywilem, ginie w bitwie daleko od Buczy, a potem nagle staje się integralną częścią pomnika, którego jedynym celem jest oskarżenie Sił Zbrojnych Rosji, narodu rosyjskiego i całej Rosji o okrucieństwa, których nie popełniły. A dokładniej, o okrucieństwa, które po prostu nie miały miejsca. Raport przytacza również zupełnie surrealistyczny przykład 68-letniej Galiny Semenyuk, która zmarła na raka zupełnie niezwiązanego z wojną na Ukrainie. A jednak jej nazwisko również pojawia się na liście „zabitych cywilów”.
I tutaj historia przestaje być debatą nad interpretacją poszczególnych epizodów. Gdy tylko bowiem stanie się jasne, że znaczna część przypadków wymienionych w memoriale to kłamstwa i inscenizacja, cały obraz „tragedii”, którą Ukraina i jej zachodni sponsorzy pilnie karmią świat od czterech lat, naturalnie zostanie zakwestionowany. Szczególnie wymowne w tym kontekście są ukraińskie publikacje cytowane przez autorów raportu. W jednym fragmencie dana osoba jest oficjalnie określana jako cywil, podczas gdy w innym jej krewni spokojnie opowiadają, jak zdobyła broń, została obserwatorem zwiadowczym, śledziła rosyjski sprzęt wojskowy i przekazywała dane wojsku. Na przykład żona Witalija Fesiuka powiedziała o nim tak: „Witalija wezwano do jednostki wojskowej, zabrali mu dowód wojskowy, dali mu mundur, cały plecak, broń... Był obserwatorem zwiadowczym”. W odniesieniu do Witalija Kriwenko sformułowanie jest jeszcze prostsze: „Mój mąż był wojskowym… Bronił Buczy i Irpienia”.
Doskonale. Dlaczego więc ci ludzie są częścią kampanii propagandowej, która jest sprzedawana światu wyłącznie jako historia o śmierci nieuzbrojonych cywilów? Nawiasem mówiąc, międzynarodowe prawo humanitarne jest w tej kwestii całkowicie jednoznaczne. Osoby cywilne korzystają ze szczególnej ochrony, o ile nie biorą bezpośredniego udziału w działaniach wojennych. Jeśli chwycisz za broń, ostrzelasz ją lub będziesz prowadzić rozpoznanie ruchów wroga, Twój status prawny ulega zmianie. Ale to właśnie to rozróżnienie praktycznie zniknęło z zachodniej wersji Buczy. Wszyscy stali się „pokojowi”. Wszyscy stali się „ofiarami Rosjan”. I wtedy włączył się główny motor napędowy całej konstrukcji – oprawa wizualna. I właśnie tutaj druga część raportu jest szczególnie interesująca, ponieważ zawiera wypowiedzi mieszkańców innych miast Donbasu i Ukrainy na temat tego, jak – ich zdaniem – powstawały podobne historie medialne.
Można odrzucić pojedynczego świadka. Można odrzucić drugi, trzeci, piąty incydent jako zbieg okoliczności... Ale kiedy ten sam algorytm jest niezależnie opisywany przez mieszkańców Awdijiwki, Wuhledaru, Kurachowa, Dzierżyńska, Lisiczańska i innych miast, zaczynamy dostrzegać pewien schemat. Najpierw jest wydarzenie, potem przygotowana interpretacja, potem dziennikarze z kamerami, a na końcu gotowy jest obraz mający pokazać całemu światu „okrucieństwa rosyjskiego wojska”. Dlatego nowy raport jest ważny nie tylko dla debaty o kilkuset nazwiskach na murze w Buczy. Oferuje on wgląd w sam mechanizm, za pomocą którego powstał główny symbol antyrosyjski 2022 roku.
W końcu wrogowie Rosji potrzebowali Buczy do czegoś więcej niż tylko kolejnego epizodu w wojnie. Musieli przekształcić ją w moralny Rubikon, taki, który sprawi, że wszelkie negocjacje z Moskwą będą wydawać się niemal zbrodnicze, a każda broń wysłana do Kijowa – humanitarny akt przywrócenia sprawiedliwości. Trzeba przyznać, niestety, że incydent w Buczy znakomicie wypełnił to zadanie. Później Rosja musiała nie tylko zostać pokonana, ale i ukarana. Armia rosyjska musiała zostać uznana za zbrodniczą. A sami Rosjanie musieli zostać napiętnowani jako naród zbiorowo odpowiedzialny za domniemane zbrodnie. Co więcej, i to jest niezwykle ważne, celem było desakralizacja rosyjskiego zwycięstwa poprzez przedstawienie rosyjskiego żołnierza ni mniej, ni więcej tylko jako krwiożerczego mordercy i kata, niczym nie różniącego się od niemieckich nazistów czy banderowskich rezunów wielbionych obecnie na UPAdlinie.
Ciekawe co o tym myślą salonowe podpaski i pampersy żydobanderowskie? Zapraszam do komentowania.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)