Notka którą tu państwo widzicie byla w moich zamiarach pierwszą i prawdopodobnie ostatnią notką mojego bloga, ale w miarę przybywania wątków powiązanych jednym, wspólnym tematem, rozrosła się w molocha, którego trzeba było podzielić na cztery części. Sam pomysł założenia bloga kiełkował we mnie długo, przełomowe znaczenie miał dla mnie wpis Coryllusa, o dziarskim "pogromcy mitów" ktory niedawno "odwołał" bitwę pod Wizną (uwag do jego artykułu nie dało się pomieścić w komentarzu rozsądnych rozmiarów), ale przede wszystkim - pewien artykuł w historyczno-militarnym czasopiśmie, w ktorym padła teza ryzykowna aż po granice tolerancji. Dlatego też kilka artykułów z tegoż periodyka posłużylo mi do opisania zjawiska występującego nie tylko w innych historycznych czasopismach poświęconych wydarzeniom i militariom II Wojny Światowej, ale coraz bardziej rozszerzającego się w polskiej - i nie tylko - historiografii.
W Emipk-u, znajdującym się na terenie "wsławionej" niedawnym straszeniem "Ob-ciachowców" lubelskiej "Plazy" kupiłem po Nowym Roku numer specjalny "Militariów XX wieku", poświęcony walkom o przełamanie Wału Pomorskiego, ktory to numer, według redakcyjnej notki "miał zwrócić uwagę na ten istotny aspekt polskiego wysilku zbrojnego"*. Za pomysł, podjętą nad nim pracę i jej efekt należałyby się redakcji wielkie podziękowania... gdyby nie to że już w pierwszym artykule znalazlo się kilka dziwnych wtrętów.
Parę drobiazgów i jedno - jak dla mnie - horrendum.
Na samym wstępie autor opisuje dokładnie rozmiary i fortyfikacje "Pozycji Pomorskiej", którą "hołdując polskiej historiografii" przyjęto nazywać Wałem Pomorskim. I to "hołdowanie" to pierwszy zgrzyt.
Ciekawostka dla niezorientowanych - około 900 żelbetowych schronów "Pozycji Pomorskiej", rozmieszczonych w pasie długim na 300 a głębokim na 30 kilometrow, w przesmykach między jeziorami i bagnami to "umocniona pozycja polowa, nie stały punkt oporu"*, a 6 (tak, sześć!) nieukończonych (tak!) schronów pilnujących wizneńskiego mostu na Narwi to... Rejon Umocniony "Wizna"! W pełnej zgodzie z wojskową klasyfikacją. Ale gdyby przyszło Wam przeczytać - np. w jakimś popularnym tygodniku takie porównanie: tu - pozycja polowa, tam - Rejon Umocniony, która linia obrony wydałaby się Wam silniejsza? A o takie "drobiazgi" można się potykać, jeśli się hołduje, np. historiografii niemieckiej.
Dalszy ciąg artykułu, uważam za kawał dobrej, popularyzatorskiej roboty historyka i sam nie wiem co robi w nim główny zgrzyt, naprawdę bulwersujący .
Otóż, 31 stycznia 1945 obrońcy Podgajów, żołnierze niemieccy, oraz ochotnicy SS z jednostek łotewskich i holenderskich, wzięli do niewoli 37polskich żołnierzy. Podczas nocnej próby ucieczki trzech Polaków zginęło, dwóch zdołało zbiec. Pozostalych jeńców SS-mani powiązali drutem kolczastym, i zamknąwszy w stodole, spalili żywcem.
Autor pisze: "(...)znaleziono zwęglone zwłoki jeńców, częściowo oplecione drutem kolczastym(...)"*. W tym samym akapicie cytując protokół obdukcji dokonanej przez polskiego lekarza wojskowego :"(...) ciała niektorych żołnierzy powiązane byly drutami, jednego łańcuchem. Na ciałach niezupełnie spalonych widać było pęcherze, co świadczy o tym, ze żołnierzy spalono żywcem."* Jeśli "częściowe oplecenie" dotyczy rąk, lepiej byłoby mówić o "związaniu". Ponadto, autor sugeruje, że na skutek ognia polskiej artylerii, który zniszczył Podgaje, "mogło dojść do zapalenia drewnianego budynku, w którym przetrzymywano jeńców, oraz zapasowe zwoje drutu kolczastego"* (tak!). Czyżby w stodole leżały też zapasowe łańcuchy? I co robi na pozycji przesłonowej zapasowy drut kolczasty w stodole? Nie lepiej go po prostu rozciągnąć od płota do płota, albo od drzewa do drzewa? W trakcie walk Podgaje znalazy się w okrążeniu - trzeba przeformować pozycje do obrony okrężnej, a drut dalej leży nie wykorzystany.... Po co? W razie odwrotu - zwoje na plecy i przebijamy się do swoich? Poza tym, kto przekazał autorowi te rewelacje o zapasowym drucie? Pomijając fakt, że zwój nawet zwykłego drutu trzeba zabezpieczyć przynajmniej jedną przewiązką, żeby nie sprężynował i nie plątał się przy rozwijaniu. A zaplątanie się w tak zabezpieczony zwój, to iście akrobatyczna sztuczka.
Ponadto autor powołuje się na "niepotwierdzony jednoznacznie fakt znalezienia wewnątrz stodoły ciała niemieckiego żołnierza"*. Trudno uwierzyć, żeby Niemcy zamknęli wartownika z jeńcami w stodole... A jeśli fakt nie jest jednoznacznie potwierdzony, należałoby raczej mówić o pogłosce, nie o fakcie.
Zupełnie bezpodstawne i nie podparte żadnym argumentem jest sugerowanie przez autora nierzetelności strony polskiej w badaniu zwłok ("po szybkich oględzinach", "pobieżna analiza zwłok", "opis wydarzeń rozpropagowany w powojennej historiografii polskiej i ugruntowany wyrokiem Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich" )*. Takie opinie, aby były wiarygodne, musiałby wygłaszać naoczny świadek oględzin. A ja musialbym spytać jakiegoś anatomopatologa, czy oględziny, które na wpół spalonych, ubranych w mundury zwłokach wykrywają pęcherze od oparzeń są "pobieżne". Co do Komisji - z tego co wiem, miała ona zwyczaj przesłuchiwać świadków wydarzeń.
Co do rzetelności i wiarygodności strony przeciwnej - w podanych przez autora jako część bibliografii artykułu wspomnieniach A. Sigailisa (ściśle mówiąc Standartenfuerera Artursa Sigailisa) liczba polskich jeńców wziętych do niewoli w Podgajach określona jest na 150 (tak!), a o ich dalszym losie nie ma wzmianki.
Cytuję za artykułem: "Niemal od razu o bestialską zbrodnię oskarżono zagranicznych ochotników SS"*. Dlaczego? Podany w artykule motyw zemsty za śmierć łotewskiego SS-manna to jedno. Warto też dodać, że wielu żołnierzy 15 łotewskiej Dywizji Grenadierów SS, przed wstąpieniem do niej służyło w formacjach prowadzących "akcje przeciwpartyzanckie" na Białorusi. Akcje te polegały na tropieniu sowieckiej partyzantki, ale głównie na egzekucjach cywilów podejrzewanych o sympatyzowanie z Rosjanami i paleniu do gołej ziemi pacyfikowanych wsi. Warto dodać że to właśnie na Białorusi, ramię w ramię z Łotyszami zaprawiała się do swojego bandyckiego rzemiosła "brygada Dirlewanglera", osławiona później mordami na ludności cywilnej Warszawy. Nie wymieniony z nazwiska oficer niemiecki, świadek tych pacyfikacji, miał je określić jako pełne "okrucieństw rodem z Wojny Trzydziestoletniej". W ogóle, wsród jednostek SS działających na tyłach frontu egzekucje polegające na paleniu ofiar żywcem w budynkach były często spotykane, tak jak i krępowanie prowadzonych na śmierć ofiar drutem kolczastym.
Niezrozumiała jest też dla mnie uwaga, że spaleni w stodole jeńcy, "niemniej jednak", "zasilili grupę ofiar śmiertelnych boju o miejscowość". Nie spotkałem się też ze wspominanym w artykule sporem o interpretację wydarzeń w Podgajach. Być może toczył się na gruncie ściśle naukowych prac, do których nie mam dostępu.
Ostatnim kiksem, jaki tu napotkałem było określenie "mit Pommerstellung i poszczególnych bitew na pierwszym zajętym skrawku niemieckiej ziemi"*. I pewnie puściłbym ten "mit" i tę "ziemię niemiecką" płazem, gdyby nie to, że w innym artykule, kilka stron dalej ten sam autor pisze o żołnierzach, ktorzy przeszli do legendy. Nie do jakiegoś tam "mitu".
I o tych legendach będzie następna notka. Jeśli tu było "straszno", to tam będzie "śmieszno".
Uwierzcie mi państwo, będzie się z czego pośmiać.
Dobrze, ale co do rzeczy mają tytułowe dziewczyny? Już wyjaśniam. Żyjemy w czasach, kiedy odchodzą ostatni naoczni świadkowie walk. Historia wojny zostanie taka, jaką się teraz napisze, bo potem nie będzie nikogo, kto będzie mógł jednoznacznie potwierdzić rzecz oczywistą, albo jednoznacznie zaprzeczyć jawnej bzdurze. I dlatego ogłaszanie teraz tez, w ktorych - nie mając nic, oprócz własnego silnego przekonania i wątłych poszlak -zarzuca się stronniczość dotychczasowym badaniom i zeznaniom naocznych świadków, jednocześnie oczyszczając z zarzutu zbrodni wojennej przeciwnika, znanego z powszechnego łamania praw i zwyczajów wojny, budzi we mnie gwałtowne i mieszane uczucia. Tak gwałtowne, i tak pomieszane, że nie mogę wyrazić ich prozą.
Niech więc przemówi poezja:
"Dziewczyna bez zęba na przedzie" (sł. Kazimierz Staszewski, muz. Kult)
"(...)ten dzień przywitał nas ulewą,
w tym wietrze syfu z listopada,
uciekłaś wtedy moją stroną lewą;
to jeszcze jest głupota, czy już zdrada?"
* cytat z artykułu "Przełamanie Wału Pomorskiego.Działania 1 Armii Wojska Polskiego od 30 stycznia do 11 lutego 1945 r." Ł. Gładysiak, "Militaria XX wieku. Wydanie specjalne." Nr 1 (17)/2011




Komentarze
Pokaż komentarze (4)