Kończąc poprzednią notkę, wspomniałem, że autor artykułu nad którym się znęcam (swoją drogą należy się człowiekowi, z przyczyn wyłuszczonych w pierwszej części), oprócz "mitu" Wału Pomorskiego, przytoczył także przykład żołnierzy, którzy do legendy przeszli swoimi czynami ( w domyśle - no bo o ich dokonaniach żadnych mitów nie trzeba tworzyć). Właściwie to do legendy przeszła ich broń - ale broń sama z siebie może, co najwyżej, raz do roku strzelić, a to żadnej sławy za sobą nie pociąga. Legendę broni tworzy ten, kto jej używa. Jeszcze raz powtórzę - w cyklu o "dziewczynach..." nie chodzi mi o jednego, konkretnego człowieka (któremu, poza podążaniem za powszechną w dzisiejszych publikacjach modą nic nie można zarzucić) ani o jedno czasopismo, które przyjdzie mi także w dalszych notkach pochwalić. Chodzi mi o samą modę, która każe historyczne fakty podawać w sosie, zalatującym podejrzanie słynnym "spirytusem w proszku"*.
Zacznę więc od początku. Od mitu. Żeby na jego tle tym jaśniejszym światłem zalśniła legenda.
Czy opowieści o męstwie i wysiłku zdobywców Pommerstellung są przesadzone? Na pewno była to bitwa wyjątkowa. Nie znam innego przypadku, kiedy przygotowaną zawczasu linię umocnień jakakolwiek armia przełamywała z marszu. Rosyjskie dowództwo wysłało I Armię WP na ślepo, do prowadzenia działań pościgowych, nie wiedząc, że jej droga prowadzi wprost na pas fortyfikacji. Polacy ruszyli do walki pozbawieni wsparcia czołgów i artylerii - ze względu na długie linie zaopatrzenia, po prostu zabrakło paliwa. Piechota mogła liczyc tylko na własną "artylerię organiczną" czyli moździerze, świetne w zwalczaniu piechoty, tak w otwartym terenie jak i okopanej, ale całkowicie bezradne wobec bunkrów i stanowisk w murowanych budynkach. Być może także i na lekkie działka przeciwpancerne o konnym uciągu. Wyruszające oddziały posiadały około połowę przewidzianej regulaminem amunicji. Nie było także wsparcia lotniczego, czy to ze wzgledu na pogodę, czy brak baz w pobliżu teatru walk. Pogoda byla typowa dla polskiej zimy - mrozy do 20 stopni, śnieg, zawieje. Widziałem kilka zdjęć które według podpisów ukazywały walki na Wale Pomorskim, żołnierze na nich byli ubrani w polówki i płaszcze, bez zimowych kufajek i "uszanek". Gdyby kazano mi w takim stroju spędzić kilka dni na mrozie, miałbym co wspominać do końca życia, nawet, gdyby nikt do mnie nie strzelał.
Czekały na nich uforytfikowane miejscowości, niesprzyjający teren; bagniste rzeczne doliny, przesmyki między jeziorami, gdzie trzeba bylo przebijać się przez umocnienia od czoła, bez możliwości obejścia, bunkry powiązane systemem flankowego ostrzału, sztuczne kanały i zalewy na przedpolach schronów, rowy przeciwczołgowe, pola minowe i zasieki z drutu kolczastego. W wielu przypadkach dojście do pozycji wroga biegło kilkusetmetrowymi odcinkami nieosłoniętego pola, które można bylo przestrzeliwać na wylot.
Normalnie, szturmując linie umocnień, podciąga się całą dostępną i jak najcięższą artylerię, przydziela oddziałom piechoty czołgi, które mają osłaniać "zajęcy" tak pancerzem jak i ogniem z bliska, a jeśli trzeba zdobyć bunkry, albo teren nie pozwala użyć broni pancernej - tworzy się grupy szturmowe, wsparte przez saperów ze świecami dymnymi, materiałami wybuchowymi, pancerzownicami i miotaczami ognia. Przed natarciem wali się ze wszystkich dział, najdłużej jak można a potem ruszają do akcji oddziały piechoty wspierane przez broń pancerną. Oczywiście, wskazana jest jak najsilniejsza obróbka lotnicza. Jeśli ktoś nie wie, jak powinien wyglądać dobrze zorganizowany szturm, niech przeczyta opis drugiego polskiego ataku na Monte Cassino.
Otóż na Wale Pomorskim nie było nic z tych rzeczy. Przebieg umocnień rozpoznawano w walce, a nasi piechurzy szli na bunkry - dosłownie - z granatami w rękach. Zdarzało się, że na Polaków pozbawionych czołgów obrońcy wyprowadzali kontrataki wspierane przez działa pancerne. Ciężka artyleria dotarła na miejsce tuż przed forsowaniem głównej linni obrony, a broń pancerna - już po jej przełamaniu ( w zdobywaniu Podgajów brała udział artyleria i czołgi rosyjskie, użyczone na zasadzie "sąsiedzkiej pomocy"). Pułkowi artylerii lekkiej, który pierwszy przybył na pole walki, w połowie dnia skończyła się amunicja. Do samego przełamania pozycji umocnionej użyto dwóch (tak!) ciężkich dział, dociągniętych bezpośrednio na pole walki. Z tym że jedno z nich nie miało zbyt wiele do roboty, bo bunkry, do których miało strzelać... opanowali wcześniej, w walce wręcz, żołnierze piechoty.
Brak tutaj miejsca na omówienie wielu problemów i kontrowersji, nawet na schematyczny opis walk, zaciekawieni nimi znajdą obfitą literaturę. Strzeszczając: zagadnienie, w miarę zagłębiania się w nie, tworzy obraz, który można ująć przenośnią: wysłano Polaków prosto do piekła i kazano zgasić ogień czapkami. Co najdziwniejsze, zgasili.
Ale, proszę państwa, takie ujęcie to mit polskiej historiografii. Okazuje się, że nie ma się on nijak do przykładów prawdziwego bohaterstwa. Na sztandarowy ( i najbardziej dla mnie typowy) przykład natknąłem się przypadkiem. Parę stron za artykułem opisującym historię zdobycia Pommerstellung, znalazłem, napisany przez tego samego autora, opis konstrukcji i zastosowania niemieckiego granatnika "Panzerschreck".
Był to sprzęt z gatunku "niemieckich cudownych broni" - tak potężny i zaawansowany technicznie, że aż niepraktyczny w użyciu i nieskuteczny na realnym polu walki. Na przykład wkładając pocisk, trzeba było włożyć z nim specjalną drewnianą złączkę z przewodami a następnie... przymocować ją przylepcem. Mając przed sobą czołgi wroga w natarciu; maksymalny zasięg tej broni to 150 metrów, a naładowanej nie wolno było przenosić. Płomień wyrzucany przez silnik pocisku mógł poparzyć strzelca lub zapalić na nim ubranie, jeśli ten nie przybrał odpowiedniej pozycji, albo za tylnym wylotem wyrzutni znajdowała się jakaś przeszkoda. Poza tym, było to długie na półtora metra i ciężkie koromysło, używające równie potężnych pocisków - stelaż na 5 sztuk miał wielkość wojskowego plecaka i był, tak jak i on, noszony na plecach. Ogólna skuteczność tej broni była niezadowalająca, na poziomie jakichś 25%. Mówiąc po ludzku - co czwarty strzał skuteczny. Ale ten skuteczny strzał mógł zniszczyć każdy ówczesny bojowy wóz Aliantów**.
Mimo tych wszystkich wad, pisze autor, broni tej udało się przejść do legendy. Za sprawą żołnierzy SS. Kampfgruppe "Dora" II, doraźnie zebranej kompanii SS- manów, która, uzbrojona w granatniki przeciwpancerne, weszła do akcji 16.04.1945 roku w okolicach Seelow. Jednostką dowodził "zaledwie dwudziestoletni"*** (nie wiem w czym nowina, 20 lat to wiek poborowy nawet w czasach pokoju) Untersturmfuerer Porsch. "(...) Jeszcze tej samej doby, łupem pocisków rakietowych padło sześć radzieckich czołgów, zmierzających główną szosą w stronę Berlina. Po starciu, hołdując zasadom taktycznym, a przede wszystkim w obawie przed przeważającymi siłami wroga, grupa przystąpiła do dyslokacji w kierunku miejscowości Lebus. Po drodze jej łupem paść mogła nawet setka czołgów(...).20 kwietnia formacja znalazła się w okolicy Neu Zittau, odnotowując zarazem swe sto dwudzieste piąte trafienie.(...)idąca w kierunku stolicy Rzeszy Kampfgruppe Dora II została okrążona (...). Walka trwała 24 godziny, po czym ostatnia, jedenastoosobowa drużyna, która została przy życiu ruszyła do walki na bagnety.(...) Po zakończeniu starcia, dowódca wraz z ocalałymi otrzymali pozwolenie na pochowanie towarzyszy. Krótka ceremonia żałobna, (...) podczas której zabitym oddano ostatnie honory, zakończyła się wymarszem członków grupy do niewoli."***
Żył raz też marynarz, który żywił się wyłącznie pieprzem.
Nie, nie twierdzę że takie bojowe przewagi są niemożliwe do osiągnięcia. Co więcej, sądzę że annały wszystkich wojen pełne są, dokładnie tak samo wiarygodnych, przykładów żołnierskiego poświęcenia i skuteczności w walce. Wystarczy choćby zasięgnąć opinii uznanego eksperta w dziedzinie wojskowości, Jaroslava Haszka:
"(...)w „Praskiej Gazecie Urzędowej” przeczytałem jeszcze piękniejszy przykład o niejakim doktorze Józefie Vojnie, jednorocznym ochotniku. Służył w Galicji w 7 batalionie strzelców polowych, a gdy doszło do walki na bagnety, został raniony kulą w głowę. Kiedy sanitariusze nieśli go na punkt opatrunkowy, sfukał ich brzydko i krzyczał, że z powodu takiego bagatelnego zadrapania nie pozwoli nakładać sobie opatrunku. I znowuż chciał ze swoim plutonem ruszyć naprzód, ale granat urwał mu stopę. Znowu chcieli go zanieść na punkt opatrunkowy, ale on kusztykał na linii bojowej, opierając się na kiju i tym kijkiem bronił się przed nieprzyjacielem, aż przyleciał nowy granat i urwał mu tę rękę, w której trzymał kijek. Przełożył kijek do drugiej ręki, ryknął wściekle, że im nie daruje, i Bóg wie, jak by się to wszystko skończyło, gdyby go po chwili nie rozszarpał na drobne kawałki szrapnel. Bardzo możliwe, że gdyby go nie wykończyli, to byłby też dostał wielki srebrny medal za męstwo. Kiedy urwało mu głowę, to głowa ta, tocząc się niby kula, krzyczała jeszcze: „Niechaj wszyscy żołnierze zawsze myślą o tym, że najpierw obowiązek, a przyjemność potem!”"****
Słucham? Że niepoważnie? Spróbujmy poważnie. Dwustu ludzi, w bałaganie ogólnego odwrotu (spróbowałby ktoś nazwać "dyslokacją" albo "hołdowaniem zasadom taktycznym" ruchy polskich jednostek w toku Kampanii Wrześniowej...), w ciągu czterech dni niszczy 125 czołgów. W międzyczasie, po zwycięskich bojach, stale wycofując się na z góry upatrzone pozycje (historiografia austro-węgierska w opisie takich sytuacji jest jednak nieoceniona). Czy ten bohaterski oddział był stanie przynajmniej przenieść amunicję, w ilości wystarczającej do zadania wrogowi tak wielkiego uszczerbku? Przyjmując uśrednione wartości, zakładając że granatnik miał co drugi SS-mann a pozostali przenosili pociski, daje to: 31 zniszczonych czołgów dziennie; circa 120 strzałów na dobę - około 500 pocisków. Nawet, gdyby grupa nie poniosła po drodze żadnych strat, na każdego żołnierza wypada około 15 dodatkowych kilogramów do niesienia, niezależnie od broni osobistej, amunicji do niej, osobistych środków opatrunkowych, porcji żywnościowych i oporządzenia. Załóżmy że część niemieckich sukcesów odniesiono przy pomocy Panzerfaustów - przecież i one nie działały na zasadzie "Ein Schuss - ein Russ", poza tym była to broń jednorazowego użytku, przy tym ani mała, ani lekka. Dodanie do "rozliczenia" Panzerfaustów zwiększa obciążenie żołnierzy Porscha do jakichś absurdalnych wielkości. Samo dokonanie odwrotu z takim ładunkiem na plecach należałoby uznać za wyczyn. Chyba że cofali się od jedego magazynu z amunicją do drugiego. O wyposażeniu grupy (przypomnijmy, doraźnie stworzonej) w tabor kołowy albo choć zwierzęta juczne tekst nie wspomina.
Jeszcze inna sprawa: walcząca na Wale Pomorskim I Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte była etatowo wyposażona w ...65 czołgów. Sześćdziesiąt pięć, etatowo, w dniu wejścia do walki, bez strat marszowych i bojowych. Nawet jeśli ludzie Porscha wymietli z pola boju wszystkie czołgi przeciwnika, liczba zgloszonych przez nich trafień świadczy że na ich kompanię wyszły...co najmniej dwie brygady pancerne! Wyobrażacie państwo sobie taką sytuację? Dwie brygady pancerne atakujące ( i utracone) w pasie obrony jednej kompanii? To jakie było nasycenie idących na Berlin wojsk bronią pancerną? Półtora czołgu na sołdata? A co, jeśli SS-mani nie trafili każdego rosyjskiego "tanka"? Jakie wartości wtedy otrzymamy? A te czołgi szły tak sobie, stadem, jak bydło, bez osłony piechoty, bez przygotowania artyleryjskiego, i podchodziły jeden po drugim, (pewnie jeszcze lawirując między wrakami poprzedników) na odległość mniejszą niż sto metrów od niemieckich pozycji? Bo jeśliby Rosjanie nacierali podobną siłą w jakim-takim porządku, po pierwszym dniu walk z Kampfgruppe Dora II musiałyby pozostać niedobitki.
Waldemar Kotowicz, oficer II AWP, opisuje, jak, właśnie wiosną 1945 wprowadzono - za radzieckim przykładem - nową taktykę: czołgi zamiast jak dotąd, poprzedzać piechotę, miały iść za nią i z oddali wspierać ją ogniem. Miało to chronić pancerniaków przed wprowadzonymi masowo przez Niemców podczas walk na Pomorzu pancerzownicami. Opisuje też entuzjazm piechoty wobec nowego regulaminu: "To może by my, ojczulku, jeszcze automaty zostawili, a z kamieniami na niemieckie bunkry poszli? Automat też droga rzecz". Z kolei anonimowy świadek walk w Budapeszcie, w roku 1956, mówił: " Radzieccy mieli, wyniesione jeszcze z drugiej wojny, doświadczenie w walkach ulicznych. Czołg stawał na skrzyżowaniu i z daleka, strzałami z armaty, burzył frontowe ściany budynków".
Mam wrażenie, ze gdyby zsumować zgłoszenia niemieckich jednostek, użytych w tych dniach do walki z czołgami, liczba zniszczonych wozów przewyższyłaby sumę wszystkich czołgów, jakich Rosjanie w ogóle użyli podczas operacji berlińskiej.
Najlepsze zostawiam na koniec. Jak przeprowadzić ostatni, desperacki atak na bagnety, żeby przeżyć go, i to przeżyć w stanie pozwalającym na uczestnictwo w ceremoniach pogrzebowych? Jak bym nie myślał - wychodzi, że trzeba wybiec z okopów... a potem rzucić karabin i podnieść ręce do góry. Jak nadalej od pozycji przeciwnika. Co ciekawe, czerwonoarmiści, którzy (hołdując historiografii niemieckiej) powinni rozstrzelać poddających się SS-manów na miejscu (albo przynajmniej zgwałcić ich zbiorowo i zarazić kiłą) ni z tąd ni z owąd zdobywają się na rycerskie gesty.
W przedostatnim numerze miesięcznika "Komandos" zamieszczono artykuł, w którym naoczny świadek relacjonuje obronę polskich schronów w Nowogrodzie nad Narwią. Jest tam opisany taki właśnie ostatni, desperacki atak. Kiedy Niemcy otaczają polski schron, ze środka wybiega do ataku na bagnety siedmiu Polaków. Co mówi po latach żołnierz, który to oglądał? "Nie wiem, na co liczyli. Żaden z nich nie doszedł. Niemcy wystrzelali ich z bliskiej odległości". Porównajmy sobie te dwie relacje. Nie powinno być kłopotu z wytypowaniem prawdziwej.
Nie chce się nawet pytać, na jakich źródłach oparto umieszczoną powyżej opowieść o przewagach bohaterskich SS-manów, ani czy skorygowano listę ich sukcesów w oparciu o archiwa radzieckie.
Najciekawsze, że autor, tak podejrzliwie podchodzący do ojczystej historiografii i tak nieufny wobec ustaleń polskich komisji, nie waha się publikować podobnych "morskich opowieści" tylko dlatego,że pochodzą one od strony przeciwnej. Strony, posługującej się podczas wojny - oraz po jej zakonczeniu, zwłaszcza w latach ostatnich - propagandą równie bezczelną i bzdurną, jak powszechnie dzisiaj wyśmiewana i odrzucana propaganda sowiecka. I najciekawsze, ze takie podejście staje się metodą w publikacjach polskich. Że przedstawia się na kartach tych publikacji, w korzystnym świetle, "cieszące się" najgorszą sławą formacje wroga, pomijając czarne karty ich historii (opisywani w artykule podwładni "owianego sławą" Otto Skorzennego "zasłynęli" też z tego, że w Ardenach dokonali egzekucji amerykańskich jeńców rozjeżdżając ich czołgami), oraz szukając usprawiedliwienia także dla ewidentnych zdrajców własnych państw i narodów, którzy przeszli w czasie wojny na niemiecką służbę.
Temu właśnie nowomodnemu przedstawianiu jednostek SS chciałbym poświęcić następną część cyklu. Wszystkich na tyle cierpliwych, żeby doczekać tej notki, przebrnąć przez nią i czekać na następną żegnam staropolskim "Sieg Heil!".
To nie polskie pozdrowienie? Po lekturze następnej części, nie będziecie państwo tacy pewni.
* "Jak głosi powszechne wśród ludu wiejskiego podanie" Niemcy w czasie wojny mieli jakiś biały proszek, po rozpuszczeniu go w wodzie otrzymywało się wódkę.
** Dla zainteresowanych: Anglicy mieli (jakieś 2 lata wcześniej) PIAT-a. Broń dziwną i anachroniczną, rodem z I Wojny, którą uzbrajało się, napinając we dwóch twardą sprężynę, a nieuważne złożenie się do strzału groziło kontuzją barku. Bo strzelało się z tej broni jak z karabinu - żadnych płomieni wylotowych, żadnej bojowej Kamasutry; można strzelać z pomieszczenia, schronu, wozu bojowego, z każdej dziury w ziemi w której zmieści się celowniczy. I ta nieszczęsna sprężyna sama napina się po każdym strzale. Następny granatnik ppanc. którego można było bezpiecznie używać w pomieszczeniach, wprowadzili do uzbrojenia - oczywiście - Niemcy. Około, bagatela, 1980 roku. Większość broni tej klasy, używanej dzisiaj, nie ma takiej możliwości. Ale we wszystkich dostępnych opracowaniach, to niemiecka konstrukcja uwazana jest za - wówczas - nowoczesną.
***:Panzerschreck. Niemieckie pancerzownice rakietowe RPzB 43-54-54/1" Ł. Gładysiak, "Militaria XX wieku. Wydanie specjalne." Nr 1 (17)/2011.
**** "Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas Wojny Światowej" Jaroslav Haszek, KiW, Warszawa 1985
1094
BLOG




Komentarze
Pokaż komentarze (9)