rab bożyj rab bożyj
761
BLOG

Rosyjski survival. Przypowiastka na trudne czasy.

rab bożyj rab bożyj Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 15

      W lecie i jesienią 1941 roku, nacierający Wehrmacht przejechał przez krasnoarmiejskie dywizje, niczym biblijne "młocarskie sanie". Ale, choć wydawało się, że wszystko stracone, Rosjanie nie zaniechali oporu, wysyłając do walki ciągle nowe tysiące wojaków. A tam, gdzie warunki sprzyjały obrońcom, zaś dowódcy nie stracili głowy, stawiali opór do upadłego, przekraczając granice bohaterstwa - czy jak kto woli - fanatyzmu. 

    Tak było i na nieodległym od Tallina półwyspie Hanko. Rosjanie, walczyli tam od sierpnia, odcięci od uzupełnień i zaopatrzenia; przeciwnik nie tylko blokował rosyjski garnizon od strony lądu, ale panował na morzu i w powietrzu. Z początkiem listopada, sowieckie Naczelne Dowództwo postanowiło ewakuować garnizon, a zaprawionych w bojach weteranów walk na półwyspie - skierować do wzmocnienia obrony Leningradu.

     Ewakuacja trwała miesiąc. 2 grudnia odbił ostatni konwój: dwa niszczyciele, kilka trałowców i ścigaczy, i i pasazerski statek "Józef Stalin". Na ten ostatni zaokrętowano ponad 6 tysięcy uzbrojonych ludzi, w tym i bohaterów tej notki. Konwój ruszył nocą, jednostki płynęły jedna za drugą, wąskim pasem wód, oczyszczonym z min przez idące przodem trałowce. Okręty radziły sobie nieźle, ale wysoki, o rozbudowanych nadbudówkach "pasażer", z powodu dość silnego wiatru, z wielkim trudem utrzymywał się na kursie.

     O pierwszej w nocy, Kostusze znudziła się zabawa. Zatłoczony wojskiem statek wszedł na minę - jedną, potem drugą, zmieniając się w bezwładny - ale ciągle trzymający się na wodzie - wrak. Wśród upchanych na statku uzbrojonych mężczyzn wybuchła panika. Na samym początku niektórzy z dowódców stanęli na wysokości zadania, ale następny wybuch całkowicie złamał dyscyplinę "piechociarzy". Rozpoczęły się sceny przekraczające wyobraźnię Dantego. Ludzie tratowali się na pokładach i w przejściach, walczyli o koła ratunkowe, tłocząc się przy relingach spychali się wzajemnie do lodowatej wody. Wywracały się przepełnione szalupy, inne, prawie puste, odpływały do statku, nie oglądając się na pozostawionych. "Bojcy" strzelali do siebie wzajemnie, albo, w przypływie desperacji, popełniali samobójstwa. Kiedy do uszkodzonego statku podeszły okręty eskorty, zaczęto na nie skakać bez zastanowienia. Za szczęśliwców mogli uznać się ci, którzy tylko połamali kości - tych, co spadli do morza miażdżyły zderzające się kadłuby okrętów. Tylko obyci z morzem marynarze załogi pokładowej zachowali spokój i dyscyplinę, próbując opanować bezładny tłum... bijąc do panikujących seriami z "automatów".

     Wśród usiłujących opuścić statek był młody sierżant nazwiskiem Tirkieltaub. Kiedy wywrócono szalupę, w której się znajdował, przypadkowa fala popchnęła go w kierunku statku. Wysportowany młodzian zdołał uchwycić się sztormtrapu i ostatkiem sił wpełznąć na pokład. Czując ze przemarza, ruszył w głąb kadłuba, aby znaleźć suche ubranie. Kiedy biegł wśród opuszczonych kajut, nagle usłyszał dobiegającą z jednej z nich muzykę. Nie dowierzając własnym uszom podszedł, otworzył drzwi...

   W kajucie stał włączony patefon. Wokół niego siedziało kilku żołnierzy piechoty, bez pośpiechu raczących się bezpańskim spirytusem. Sierżantowi odjęło mowę. Na jego osłupiałe "Co wy?!", jeden z biesiadników odparł równie spokojnie, co logicznie: "Jak ginąć, to z muzyką. Ty co, kąpać się wybrałeś?  Na, masz, napij się z nami". Szybko wyszło na jaw, że zebranych w kabinie opojów, oprócz silnej psychiki, cechują zmysł praktyczny i życzliwość - Tirkieltaub został przebrany w czyjąś suchą koszulę i napojony stakańczykiem spirytu. Ponieważ sierżant, "parień sportiwnyj" nie miał wcześniej kontaktów z narodowym napojem Słowian wschodnich, po kilku minutach spał jak niemowlę, pod opieką swoich dobroczyńców.

     I to pozwoliło mu przetrwać najgorsze. Kiedy nad ranem okręty eskorty odeszły, zostawiając na statku około 2,5 tysiąca ludzi, okazało się, ze razem z nadzieją odszedł i strach. Jeszcze nieliczni wojskowi odpłynęli na przepadłe, skleconymi z byle czego tratwami, ale już rano okazało się, że ci sami ludzie, którzy w nocy deptali się wzajemnie i torowali sobie drogę do ocalenia kulami, teraz karnie przechodzą z burty na burtę, żeby balastować przechylany falami kadłub "Stalina". A fale okazały się łaskawe, po całym dniu bezwładnego dryfu osadzając wrak na płyciźnie, w miejscu widocznym z brzegu. Tych, którzy przetrwali - w tym sierżanta Tirkieltauba, zdjęły z pokładu niemieckie kutry. I chociaż niemiecka niewola nie oznaczała wcale pewnego przeżycia, niektórym z rozbitków udało się doczekać do końca wojny.

     Jak widać, logika i trzeźwy ogląd sprawy mają niejedno imię, i nie każde zachowanie  - zdawałoby się - nieodpowiedzialne, jest automatycznie niekorzystne.

     I nie trzeba się dziwić białoruskiemu chłopinie, którego trzeci dzień z rzędu biją batami, że krzyczy "Bójcie się Boga, toż ja nic nie jadłem!".

     A co ma ta opowieść do trudnych czasów? A musi coś mieć? 

   Ot, przypowiastka.

 

Notka powstała na podstawie artykułu Wawrzyńca Markowskiego p.t. "Zatopić Stalina", "Okręty. Magazyn Historyczno - Wojskowy" Nr 9/2011

rab bożyj
O mnie rab bożyj

Niepiśmienny. Pochwytałem koncepta od księdza Bohomolca i tym baki świecę Large Visitor Globe Dobra, teraz Was widzę. Całą dwudziestkę :). Kierownik stołówki poleca: Dziewczyny bez zęba na przedzie. Podgaje; Polnische Wirtschaft. Wzorce osobowe na trudne czasy; Spelunka. Poziom przekazu, a skuteczność wobec targetu; Wojny owadów, wojny ludzi. I maja na Ziemiach odzyskanych; Analiza. Poliytkal fikszyn bliskiego zasięgu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Kultura