Wieść niesie, że cenzor Kato przesłuchiwał przed senatem swojego politycznego przeciwnika, ubiegającego się o godność konsularną. Nie mogąc znaleźć przeciw niemu argumentów, nagle zadał mu pytanie: "Azali posiadasz żonę, wedle uczciwości i zwyczaju przodków"? Rzecz w tym, że przesłuchiwany mąż (nomen omen) rzymski był właśnie w trakcie procedury rozwodowej i przemieszkiwał osobno od małżonki. Mimo to, nie zbity z tropu odparł: "Żonę mam, acz jej nie posiadam, zaś za uczciwość jej ręczyć nie mogę".
Co jak co, ale różnica między własnością a posiadaniemnigdzie chyba nie była tak oczywista jak w Rzeczypospolitej szlacheckiej. W państwie o wielkich swobodach obywatelskich, a słabiutkiej władzy wykonawczej, wyrok sądowy stanowił zaledwie tytuł, uprawniający do dochodzenia własności, często-gęsto przy pomocy nagiej siły. Dlatego też, o objęciu nieruchomości przez prawnego właściciela świadczyła osobna czynność prawna, tzw. intromisja. Polegała ona (zazwyczaj) na tym, że nowy właściciel wjeżdżał do nabytej posiadłości i w sposób ceremonialny objeżdżał ją, w towarzystwie woźnego sądowego i świadków, owych nieśmiertelnych "dwu szlachty polskiej".
Wieśc niesie również, że zdarzyło się kiedyś obchodzić urodziny pewnemu woźnemu trybunału. Jego koledzy, zatrudnieni przy sądzie do posług, za takie same psie grosze, nie mogli kupić mu prezentu. Żeby nie zostawiać dobrego kompana bez "musztułuku", uchwalili żartobliwy wyrok, w którym przyznali mu na własność... miasto tatarskie Oczaków. Ponieważ Oczaków był potężnie umocnioną fortecą, leżącą w dodatku na terenie wiecznie skłóconej z Polską tureckiej monarchii, do wyroku dodano jeden, jedyny warunek.
Otóż, obdarowany woźny miał dokonać intromisji do miasta "konno i zbrojno, we dwieście tysięcy szlachty polskiej".
Tyle mam do powiedzenia w sprawie angielskiego prawa, luksemburskich sądów i długów, cedowanych z dłużnika na dłużników.
Bo, pomnijcie, mości Dimitri, nie sztuka w Dzikich Polach osiąść. Sztuka się osiedzieć.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)