Dawno, dawno temu, za siedmoma (co namniej) rzekami, za siedmioma (mniej - więcej) górami żył sobie młody mnich. Jak sama nazwa wskazuje, żył w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Większość mnichów kontentuje się takim życiem, zaś mniejszość, która się nie kontentuje, stanowi zawsze aktualny temat dla literatów piszących humoreski z pieprzykiem, albo dewiantów imających się pióra (i/lub filozofii). Ale nasz mniszek był kimś wyjątkowym. Mianowicie, czuł się kimś wyjątkowym. Ni mniej, ni więcej - królewiczem.
Nikt nie mógł przypuszczać, że z tego samookreślenia wyniknie coś konkretnego. W owych czasach uważano, że o statusie człowieka decyduje pozycja społeczna jego rodziców, a w mniejszym stopniu - zajęcie, którym delikwent zdobywał chleb powszedni. Dla osób, których samoocena rażąco różniła się od opinii, jaką trzymał o nich ogół, współczesny świat nie miał zbyt bogatej oferty: ot, miska ciepłej polewki na każdym progu, od święta - miedziany pieniążek i wolne miejsce w kościelnej kruchcie, i szacunek - podszyty po równo pobłażliwością i zabobonnym strachem. Szczególnie aktywnych, zdarzało się, okuwano w łańcuchy, od czasu do czasu puszczając im krew, według naukowej wiedzy ówczesnych medyków. Pojęcia samoświadomości i samorealizacji były ówczesnym ludziom obce.
I pod tym względem nasz bohater okazał się człowiekiem wyjątkowym, jakimś prekursorem ludzi XX i (jak się okazuje) XXI wieku. Odrzucając przesądy skostniałego, feudalnego społeczeństwa, pokierował się prawdą* noszoną w sercu. Stwierdził (tak jak jego dzisiejsi naśladowcy), że jest się tym, za kogo się samemu uważa. A skoro on sam czuje się królewiczem, to wszystko, co wynika z królewiczowskiego statusu, po prostu mu się należy. Postanowił sięgnąć po tron.
W królestwie, w którym nasz mniszek pomieszkiwał, sięgnięcie po tron nie było wcale łatwe. Fakt, niedawno rozstał się ze światem długoletni władca owej krainy, fakt, jego następca zmarł, nie zdążywszy ująć steru państwowej nawy, ale po koronę sięgnął jeden z wielmożów starego monarchy. Co więcej, wielmoża ten młodość spędził w "służbach bezpieczeństwa" starego monarchy i jasne było, że władzy swej będzie bronić metodami, które przyśniłyby się w koszmarze nawet zaprawionym w bestialstwie śledczym XX wieku.
Nawet tak wielkie przeszkody nie załamały naszego prekursora indywidualizmu. Korzystając z powierzchowności mnicha, wymknął się z granic ojczyzny i przystał do służby jednego z magnatów kraju sąsiedniego. Ten kraj sąsiedni był wówczas na ustach całego świata, jako siedlisko największych indywidualistów pod słońcem (rodacy naszego mniszka mają po dziś dzień brzydkie przysłowie o mieszkańcach kraju sąsiedniego: twierdzą, że odpowiedni szczegół budowy anatomicznej wystarczy, by mieszkaniec tegoż kraju cieszył się statusem "pana").
Poznawszy lepiej swego pryncypała, mniszek zwierzył mu się z problemów, jakie wynikały z jego samookreślenia, oraz podzielił się planami swej samorealizacji. Spotkał się z całkowitym zrozumieniem i bezwarunkowym poparciem. Więcej, wielmoża z ościennego kraju nie odmówił mniszkowi nawet ręki swojej córki. I obiecał zrobić wszystko, by przyszły zięć uzyskał - co ja mówię, odzyskał! - stanowisko i znaczenie odpowiednie dla jego królewiczowskiej samoświadomości.
Kilka miesięcy potem, mniszek, na czele wojsk przyszłego zięcia i jego sąsiadów, przekraczał granicę ojczyzny. Jako prawowity dziedzic tronu witany był z entuzjazmem przez swoich rodaków, znużonych panowaniem uzurpatora i despoty. Po krótkiej kampanii osiągnął mury stolicy, nałożył należną mu koronę, a także nałożył ślubny pierścień na rękę córki swojego niegdysiejszego chlebodawcy. Sąsiadom eks-chlebodawcy, tak pomocnym w osiągnięciu celu, rozdał bogactwa i urzędy.
I żyłby zapewne długo i szczęśliwie, gdyby nie przewrotni i zazdrośni poddani. Ci, nie umiejąc wyjść poza ramy swojej ciasnej, archaicznej umysłowości, nazwali go "złodziejem", "samozwańcem" i bodajże "lacką kukiełką", po czym wzniecili bunt. Mniszek zginął w rozruchu, z nie wiadomo czyjej ręki. Jego ciało spalono na stosie, a prochy nabito do wielkiej, pałacowej armaty, zwanej "car - puszką" i wystrzelono na rozstaje dróg.
Tak, jak już widzisz zacna Osobo Czytająca, opowiadam Ci prawdziwą historię. Historię Griszki Otriepiewa, znanego w historii jako "Dymitr Samozwaniec". Chociaż on sam wolałby zapewne imię "car Dymitr Iwanowicz". I pod takim imieniem, według dzisiejszych kryteriów powinien być znany. Bo jeśli będziemy Dymitra nazywać tak jak jego rodacy "worem" i "samozwańcem", to jak powinnismy nazwać działaczy Ruchu Autonomii Śląska, o których nie tak dawno znowu było słychać na Salonie...?
Znacie tę bajeczkę? To posłuchajcie:
Jedni sie drugim chco przypodobać,
bo Hanys chce "mówić", a gorol chce "godać".
P.S. A ze Śląskiem Cieszyńskim, co?
* Trade Mark.




Komentarze
Pokaż komentarze (19)