Proszę popatrzeć, jak wyglądały dzieje Europy. Wszystko jedno, czy chodziło o miasteczka stłoczone tak, że miejsca na nowe siedziby trzeba było szukać za morzem, czy o związek kilku rolniczych gmin, rządzony przez radę starszych, poprzebieraną w śmieszne prześcieradła, czy o dziedziny mądrych monarchów, bronione przez wiernych wasali. A nawet gdy chodziło o (mniej lub bardziej święte) cesarstwa, biorące sobie za cel odpowiednie urządzenie doczesnego świata, czy przejęte ideą społecznej sprawiedliwości, ludowładne państwa XIX i XX wieku.
Miecz i ogień, mord i rabunek, wdowy, jeńce i łupy. Płomień w lśniący w ostrzach włóczni, wyniosłe dzioby łodzi bojowych i drużyny, zawsze gotowe stanąć na odgłos bębna. Pokolenie po pokoleniu, długi ciąg mniejszych i większych wojen, po których zwycięskie ludy żyły wygodnie z bogactw, zagarniętych swoim ofiarom, a pobici, obróceni w niewolników, na własnej ziemi pracowali w pocie i nędzy na zbytki panów. Ziemie wolnych ludów zamieniane w kolonie, rządzone przez nieczułych grabieżców, przysyłanych z odległej metropolii.
Zmieniały się tylko dekoracje: mundury, broń i kształt obleganych fortec. Maczugę zastępował karabin, drewniany wał zmieniał się w żelbetowy schron, a skrzydła przypięte u siodła zagończyka zmieniały się w płaty z duralowej blachy, najeżone rakietami i lufami działek.
Siłą napędowa tego krwawego korowodu była zawsze chęć zysku. Żądza posiadania kopalin, uprawnej ziemi i taniej siły roboczej. Nawet chrześcijaństwo, ze swoją zasadą miłości bliźniego, nie potrafiło wnieść pokoju w to gniazdo węży, jakim były stłoczone w granicach Europy rożnojęzyczne narody, a próby urządzenia świata naukowo, według prawideł ludzkiego rozumu, w najlepszym przypadku kończyły się wyczynami kurdupla w wielkim, trójkątnym kapeluszu. W najgorszym - kurdupla w koalicyjce, z wąsikiem.
A jeśli pojawiłaby się instytucja, która - nie próbując przerabiać świata - usuwa z tego hisorycznego procesu element przemocy? Żadnego rozlewu krwi, żadnych strategów, wodzów, tupania podkutymi buciorami i łomotania nocą do drzwi kolbami karabinów? Dzieje się to samo co zawsze, ale tym razem wyłącznie metodami polityki, ekonomii i doprowadzonej do perfekcji sztuki masowego ogłupiania, nazywanej w skrócie propagandą, a całym procesem nie sterują już bezwzględni autokraci w mundurach, ale wygarniturowani, uśmiechnięci od ucha do ucha żelusie, budzący w poddanych nie strach, lecz pobłażliwą sympatię (jeśli nie rozbawienie)? A niewolnicy, utrzymujący cały ten bałagan ciężką pracą nie zrywają się do buntów, ale sami, na wyprzódki pchają do niewoli, żeby choć sposobem życia przypominać swoich panów?
Widzicie to? Więc powiedzcie mi, niewdzięcznicy, kto bardziej, jeśli nie taka instytucja, zasługiwałby na pokojową nagrodę tego tam, szwedzkiego dynamitarda?



Komentarze
Pokaż komentarze