Motto I: Sprawozdanie nt. zasobów flory i fauny na terenie powiatu: Flora była słabowita i padła w trakcie ubiegłego okresu rozliczeniowego, a żadnej Fauny od samego początku nie stwierdzono.
Nieznany z nazwiska urzędnik gromady w D.
Motto II: To ich tylko dobra wola, że Ciebie nie napadną.
Kazik Staszewski
Widząc, że przez Salon przetacza się fala zgrozy i niepewności, napędzana wieściami o zmianie przepisów, dotyczących nakładania mandatów przez służby nadzorujące ruch drogowy, śpieszę braciom-blogerom z pomocą. Chcę ukoić Wasze strwożone serca, opowiadając kilka anegdot, podpatrzonych i zasłyszanych przez ostatnie lata w naszym kraju i jego okolicach.
Legenda I:
Jak zwykle były lata 90, jak zwykle czerwiec i jak zwykle Autosan. Tym razem wiozący pielgrzymkę emerytowanych nauczycieli po dawnych, kresowych sanktuariach. Kilkanaście kilometrów za ukraińską granicą kierowca zjechał na skraj udającego drogę pobojowiska, wyciągnął plastikową okładkę, zawierającą dokumenty wozu i wetknął w nią jeszcze sztywny i pachnący nowością dwudziestozłotowy banknot. Na zdziwione spojrzenie uśmiechnął się pod nosem i mruknął wszystko tłumaczące słowo: Obyczaj. Minęło może z pół godziny monotonnego kołysania, zgrzytania i postukiwania, kiedy autokar zatrzymał się ponownie. Drzemiące w zupełnie fantastycznych pozycjach staruszki zaczęły podnosić głowy znad foteli. Co się dzieje? Znowu się zepsuł? Nie, to tylko "Daje". Na poboczu parkował starożytny radiowóz, a mężczyzna w okrągłej czapce właśnie zbliżał się do otwartego przez naszego kierowcę okienka. Stanął pod nim i wyciągnął rękę. Nasz szofer, z kamienną twarzą podał mu okładkę z dokumentami autokaru, po kilku sekundach odebrał ją spowrotem, położył na kolanach i - kiedy mundurowy oddalał się krokiem pełnym godności - wsadził w nią nową dwudziestozłotówkę. Silnik zakasłał, zabulgotał, Autosan zatrząsł i zakolebał niby krypa na krótkiej fali. Jakby nie te nasze datki, dawno poszliby z torbami- kierowca mówił, nie odrywając wzroku od resztek nawierzchni - Albo do mafii, a wtedy wolałbym nie wiedzieć, jak by tutaj wyglądały kontrole drogowe.
Legenda II:
Było kilka lat później. Kraj ciężko dyszał, przyciśnięty policyjnym butem nacjonalistycznego reżimu, media dawno przekroczyły granicę histerii, a chwaccy gimnazjaliści chowali sfanatyzowanym babciom dowody osobiste. Prywatna przychodnia mieściła się dziwnym trafem na parterze państwowego szpitala. Nasz doktor urwał się na chwilę z dyżuru i kolejka ruszyła z kopyta. Wielkie, przeszklone okno wychodziło prosto na szpitalny parking. Właśnie zatrzymał się na nim jakiś lśniący od chromu i dodatkowych świateł, wysoki jak wieża, terenowy potwór, z którego wysiadł starannie ubrany starszy pan z wypielęgnowaną, siwą bródką. Wszedł z impetem w drzwi, zdawkowo odmachnął głową kioskarce. Przechodzący obok młodziak ze stetoskopem na szyi zgiął się w ukłonie, godnym moskiewskiego bojarzyna: Dzień dobry, panie ordynatorze! Staruszek odkiwnął: Dzień dobry, panie kolego. I niech pan pamięta, tylko nie na PiS! Nie na PiS!!!. Drzwi klapnęły, więc rzutem na taśmę dopadłem gabinetu, tuż przed czerwonym na gębie, niesympatycznie spasionym chłopiskiem. Lekarza, który siedział w środku znałem dobrze. Bardzo dobrze. Razem kończyliśmy podstawówkę, razem zdawali maturę, razem błąkali się po ociemniałej (wtedy) lubelskiej Starówce i na bieszczadzkich wertepach sprowadzali na dobrą drogę zabłąkane, bezradne dziewczęta (żeby się przekonać, że jedno z drugim zbłąkane dziewczę, po rozmarznięciu, pije jak bosman i przeklina niby kozak doński). Na tyle dobrze, żeby od drzwi wygarnąć: Stary, co Was pogięło z tym Pis-em? Mój doktor lekko zsiniał, po czym dobre pięć minut wyrzucał z siebie komunały, o tym, jak to źle zarabia, nie ma warunków do pracy, a jego profesja cieszy się minimalnym poważaniem społecznym. Ryzykując ciężkim (i nie objętym warunkami ubezpieczenia) błędem lekarskim przerwałem mu w połowie. Co Ty pi...isz?! Wyjdź przed gabinet i każ się w d... pocałować, ciekawe kto się od razu nie pochyli! A kiedy to niby lepiej zarabiałeś?! Lekarz spuścił połowę powietrza, a z jego oczu wyjrzał znowu mój stary kumpel: Racja. Ale każda władza przynajmniej pozwalała na boku dorobić. A jak Kaczki chcą ludzi z gabinetów w kajdanach wyciągać, to niech sami ludzi leczą.
A TO NIE MOJE SĄ SŁOWA: TO LEGENDA LUDOWA:
http://www.youtube.com/watch?v=tX2bX3kXgxE
(gdyby film znowu nie wszedł)


Komentarze
Pokaż komentarze (14)