Tomasz Rakowski Tomasz Rakowski
176
BLOG

Czy betonowa Polska potrzebuje Jarosława Kaczyńskiego?

Tomasz Rakowski Tomasz Rakowski Polityka Obserwuj notkę 18

 

 

W 1989, kiedy miałem zaledwie siedem lat Polska popełniła jeden z większych błędów w swej niedawnej historii – w euforii zwycięstwa i niespodziewanego poparcia społecznego „przymknęła oko” na wszechobecny komunistyczny beton rozlewający się we wszystkich szczeblach administracji. Nikt betonu nie skuł i nie wyrzucił na gruzowisko. Trochę się go wyrównało, trochę uzupełniło, położyło piękną białą zaprawę, lśniące kafle i voila – można było ruszać z „Nową Polską” ku upragnionej wolności.

 

Lata mijały, wolność okazała się trudniejsza od marzeń, a beton miał się coraz lepiej w odnowionym domostwie. Korzystał z przywilejów, piastował wysokie urzędy, wlewał się do prywatyzowanych państwowych zakładów, stawał się miliarderem, przedsiębiorcą, szanowaną osobistością publiczną. Beton, mimo swojej dość klocowatej bystrości miał o dziwo duży wpływ na kierunek prac restauracyjnych w naszym wspólnym domu. Ubrany w elegancki garnitur brylował na rautach, podtrzymywał znajomości z innymi betonami, zawierał nowe przyjaźnie i mimo upływu lat coraz mocniej się zakorzeniał. Tak właściwie już nawet nie pamiętał, że był kiedyś betonem. Mało tego. To słowo zaczęło mu przeszkadzać. Jak to – on, szanowany obywatel miałby być betonem? To epizod z przeszłości, mało znaczący i nieprawdziwy. Dziś wolał być biznesmenem, prezesem, ministrem, profesorem, posłem, premierem, prezydentem, wójtem, burmistrzem. Sam do tego doszedł i na to zasłużył. A razem z nim jego najbliżsi – przecież to oczywiste. I najbliżsi najbliższych. Itd. – bez końca.

 

Beton miał się świetnie. Wszędzie miał znajomych betonów. A jeśli nie on, to jego znajomi. Nie było miejsca, do którego beton nie miałby dostępu. Miejsce na uczelni – oczywiście. Pobyt w szpitalu – cała przyjemność po mojej stronie. Działka pod budowę domu – no problem. Fabryka do zlicytowania – startuj – oczywiście wygrasz. Aplikacja adwokacka dla syna – no jakżeby nie? Chcesz 500 hektarów po PGR - mogę wziąć. Beton czuł się fantastycznie. Kiedy wspominał dawne czasy, gdy nie musiał nosić na sobie białej zaprawy i lśniących kafli dochodził do wniosku, że generalnie aż tak dużo się nie zmieniło. No oczywiście teraz wszystkiego było więcej, było bardziej kolorowo i dostatnio, ale przecież on też sobie świetnie radził w tych pradawnych czasach. Uśmiechał się pod swoim betonowym wąsem, kiedy co rusz dochodziły go słuchy o tym, jak Ci, którzy spowodowali, że musiał przykryć swoją prawdziwą naturę lśniącą bielą miotają się teraz jak ryby na lodzie. Wygrałem – pomyślał. Cóż, sprawiedliwość chyba była po jego stronie. Jest szanowany, ma piękny dom, wyjeżdża na zagraniczne wakacje, w sumie nie pracuje, wspiera organizacje charytatywne, jego dzieci mają zapewniony start w przyszłość, czasem nawet rzuci na tacę sporą sumę. Jak to dobrze, że byłem betonem. Że nie użerałem się z betonowym molochem. Że stałem po betonowej stronie barykady. Wygrałem. Mam lepiej, dostatniej, układniej.

 

Jestem jeden. Ale tak naprawdę jestem wszystkimi. Reprezentuję wszystkie betony, jakie znam. Ich rodziny, dzieci, przyjaciół. Ich interesy, ich problemy, ich aspiracje. Sukces jednego z nas jest sukcesem nas wszystkich. Kłopot jednego z nas jest kłopotem nas wszystkich. Dlatego posyłam dzieci do najlepszych szkół, mimo że ich gibkość umysłowa jest iście betonowa. To moje dzieci będą kierownikami, dyrektorami, właścicielami. To na nich będą pracowały dzieci tych durniów, którzy walczyli z betonowym molochem. Musimy się wspierać i pilnować tej równowagi. I pilnujemy. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby wszyscy, którzy są poza naszą betonową siatką wpływów nie dowiedzieli się, że taka istnieje. Mamy olbrzymie możliwości i jesteśmy wszędzie. Co za idioci – trzeba było nas skuć 20 lat temu – śmiejemy się z nich przy każdej możliwej okazji. Mamy swoje telewizje, gazety, dziennikarzy, polityków, prezydentów, premierów, dyrektorów, biskupów, rektorów, profesorów, nauczycieli, sędziów, prawników, prokuratorów, urzędników i cholera wie, kogo jeszcze. To kwintesencja naszego jestestwa – betonu nie zobaczysz gołym okiem, musisz zedrzeć tynk, zbić kafle, zerwać tapety. Beton jest głęboko, w samym środku.

 

Ale mimo tego, są sposoby żeby dowiedzieć się, kim naprawdę jesteśmy. W dawnych czasach betonowy moloch skrupulatnie odnotowywał wszystkie nasze poczynania. Wtedy zdawało się, że będą one zapisane na naszą chwałę. Dziś cały ten motłoch gotów jest zarzucić nam, żeśmy niegodni, gdy tylko upewni się, że jesteśmy betonami. Jest to dla nas wysoce niezrozumiałe. Czy nie powinniśmy się raczej zajmować przyszłością, a nie grzebać w betonowej przeszłości? Czy nie lepiej napalić tą przeszłością w piecykach naszych mazurskich dacz?

 

Spodziewaliśmy się, że będą pojawiali się narwani, pragnący podzielić się ze światem betonowym archiwum. Na samym początku nawet się tego obawialiśmy. Bywało gorąco. Ale nauczyliśmy się nawet odwoływać całe rządy. Teraz jest o wiele prościej. Tak właściwie nie robimy nic wielkiego. Czasem wydaje mi się, że to wręcz żenujące, ale cóż – trzeba się bronić. Nie wykonujemy radykalnych, gwałtownych ruchów. To proces długofalowy. Stajemy się wyznacznikiem. Mówimy, co jest właściwe, a co nie. Pozbawiamy wartości, upraszczamy. Mówimy, piszemy, pokazujemy. Ośmieszamy, ironizujemy, fałszujemy. Liczba naszych aktywnych członków ciągle rośnie. Niektórzy nawet nie wiedzą, że są częścią betonu, wierzą w jakąś swoją małą misję i poświęcają się bez granic. Tak naprawdę to mało, kto rozumie cokolwiek. I bardzo dobrze.

 

Był taki jeden, a właściwie dwóch. Oni rozumieli. Ciężko się było do nich przyczepić. Próbowaliśmy wszystkiego. Z reguły już najprostsze rzeczy działały. Zawsze kupowaliśmy przychylność. Kto raz skorzystał z naszego dobrodziejstwa na zawsze stawał się naszym dłużnikiem. A oni nie chcieli. Więc odpaliliśmy wszystko, co mieliśmy. Wszystko, do czego dochodziliśmy przez te złote lata. Wszystko! Żaden człowiek nie jest w stanie przetrwać czegoś takiego. W ruch poszły gazety, telewizje, internet. Przebudziliśmy autorytety, profesorów, ekspertów, znawców. Wywiady, artykuły, zdjęcia, komentarze. Stawka była wysoka. Skłócaliśmy, sterowaliśmy, nadawaliśmy ton. Każdy by upadł. Cholera każdy! A oni, nawet jeśli padali, to się podnosili. Jak to możliwe? Baliśmy się i to bardzo. Ich walkę z „układem” obróciliśmy w infantylny żart paranoików. Jakiś czas temu urwaliśmy jaja tej chorej instytucji antykorupcyjnej – żeby się człowiek nie czuł pewnie we własnym kraju? Przymierzaliśmy się do zmian w dostępie do betonowego archiwum. A potem takie zrządzenie losu. Tyle problemów rozwiązało się w ciągu kilku minut. Sam nie wiem, czy samoistnie, czy z przyjacielską pomocą, na razie o to nie dbam.

 

Trochę niepokoją nas te masy motłochu na ulicach. Czemu ci durnie pokazują takie tłumy? Ktoś już obiecał to załatwić.

 

W domu niepokój, takiego stresu nie było od lat. Niby powód do radości, a jednak coś jest nie tak. Pociesza mnie betonowy przyjaciel, że jak się uda, to wrócą stare czasy bez żadnych zakłóceń. Trzymam kciuki.

 

I znowu tryumfujemy. Właśnie zmieniliśmy zasady dostępu do betonowego archiwum. Ulga.

 

I znowu jakiś taki wewnętrzny stres.

 

Czemu ten drugi nic nie mówi? Nasi specjaliści twierdzą, że mają gotowe scenariusze, pasujące do wszystkiego, co może powiedzieć. Czemu się nie odzywa? Tym swoim milczeniem dzieli naród, czyż nie? Na pewno uderzy w żałobę, niech się tylko odezwie, proszę! Tak mało zostało. Jeden krok, jeden pieprzony krok. I kto pozwolił wypuścić ten chory film o tych frustratach na Krakowskim Przedmieściu? Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy. Wy nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, ile myśmy zaangażowali w to sił i środków materialnych. Gdybyście wiedzieli, o co toczy się ta gra, spojrzelibyście na nas z większą wyrozumiałością. Będziemy kłamać, manipulować, fałszować, oszukiwać, domniemywać, opóźniać, zmieniać. Zrobimy WSZYSTKO. Każdy nasz ruch jest uzasadniony. Już nikt tym nie steruje, wszyscy dostali wolną rękę, kto się bardziej sprawie odda teraz, ten może liczyć na większy kawałek tortu potem, jak będzie po wszystkim. Trochę mi przeszkadza ten brak koordynacji. Nie trzeba dużej bystrości, żeby zauważyć ten chaos. Ale nie dbam o to.

 

Tylko jeden krok.

 

Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko.

 

NIGDY.

Od 2006 roku prowadzi własny biznes w branży IT. Zaangażowany w działalność społeczną i publicystyczną od 10/04.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (18)

Inne tematy w dziale Polityka