Chciałbym się podzielić kilkoma refleksjami w związku z tym, że w dniu wczorajszym pełniłem funkcję męża zaufania w jednym z gdańskich obwodów. A więc po kolei - do komisji przyszedłem trochę po 12. Odczekałem, aż stopnieje kolejka i podszedłem do stolika dzielnie dzierżąc w ręku białe kartki z upoważnieniem, instrukcjami, tabelkami itd. Zapytałem się normalnym tonem głosu, kto jest przewodniczącym komisji, ale trafiłem akurat na moment sekundy absolutnej ciszy. Moment, w którym prowadzone obok rozmowy na chwilę gasną, bo rozmówcy muszą zrobić wdech. Każdy z nas tak miał, odzywamy się w gwarze, a kiedy nasz głos wydobywa się z gardła, gwara nagle milknie. Cóż, głos mam raczej basowy i niski i tak właśnie zabrzmiałem. Momentalnie, co najmniej pięć głów z komisji zwróciło się w moją stronę i nawet, jeśli ktoś po wzięciu wdechu chciał dalej opowiadać o słonecznej pogodzie, to teraz chciał zobaczyć, co sprowadza do przewodniczącego komisji młodego, wysokiego mężczyznę w czarnej koszuli z dudniącym tonem głosu. Przewodniczącą była niewiasta, max 25 lat, drobna, miła dziewczyna. Nachyliłem się, żeby nie buczeć na cały pokój i położyłem na zielonym obrusie moje upoważnienie do pełnienia funkcji męża zaufania, mówiąc ściszonym głosem, po co tu jestem. Pani przewodnicząca rzuciła okiem na upoważnienie (zapewne w myślach odliczała sekundy od 5 w dół) i po chwili poprosiła mnie o dowód. Sprawdziła dane i po ich potwierdzeniu z tymi na upoważnieniu wyciągnęła białą kartkę z tabelą i zaczęła je tam wpisywać. Wszystkiemu towarzyszyła cisza i wysunięte głowy reszty członków komisji (przewodnicząca siedziała na skraju). Zacząłem się czuć jak kanar w autobusie. W końcu dane zostały spisane, dziewczyna odwróciła listę i powiedziała, gdzie mam się podpisać. Wziąłem do ręki długopis i niechybnie bym się podpisał, ale że zwykłem czytać, co podpisuję, to też udało mi się dostrzec, że tabelka, w której zostałem umieszczony, to wykaz osób głosujących jako pełnomocnicy. "Ale ja tu nie przyszedłem głosować!" - zwróciłem się do pani przewodniczącej. (Wspomniałem o tym, że za mną stało już z 10 osób?) "To ja już nić nie rozumiem" - odpowiedziała wyraźnie zdezorientowana. Powiedziałem, żeby obsłużyła kolejkę, i że pogadamy jeszcze raz, jak się zrobi luźniej. Kiedy po kilku minutach podszedłem ponownie wyjaśniłem rzeczowo, krok po kroku, kim jestem, co to za upoważnienie i co mogę robić. Miałem chyba rację z tym odliczaniem od 5 sek w dół. Dziewczyna była trochę zestresowana i jak się okazało na początku dobrze mnie nie usłyszała (w przeciwieństwie do reszty członków komisji). Wszystko było ok. Poprosiłem o krzesło, usiadłem i zacząłem pełnić funkcję. Nie ma co, wejście miałem niezłe.
Na czym pełnienie funkcji polegało? W trakcie samego głosowania po prostu na byciu. Byłem. I to wystarczyło, żebym spotykał się ustawicznie ze spojrzeniami członków komisji, kiedy tylko spoglądałem w ich stronę. Mąż zaufania to nic innego jak kontroler. Ktoś, kto patrzy na ręce. Ktoś, kto czuwa. Jeśli siedzisz w komisji i raptem pojawia się mąż zaufania może on niejako stanąć w opozycji do Ciebie. Jestem tutaj, żebyście nie myśleli, że możecie coś zrobić nie tak. I nawet, jeśli komisja jest daleka od zamiarów manipulacji lub fałszerstwa, to mąż zaufania jest dla nich złem koniecznym. A szczególnie mąż zaufania od Jarka Kaczyńskiego (choć jak się później okazało nie wszyscy o tym wiedzieli).
Tak więc siedziałem. Przyznam szczerze, że było to trochę monotonne, szczególnie, że wybrałem sobie miejsce naprzeciwko wielkiego zegara, którego wskazówki (wg mnie) wlokły się niemiłosiernie. Nie miałem żadnej książki, ani gazety. Jedynym słowem pisanym było moje upoważnienie, które przeczytałem chyba z 10 razy. Sądziłem, że nie wypada, aby mąż zaufania wertował książkę lub czasopismo. Więc siedziałem i obserwowałem. Raz na jakiś czas od zatonięcia w odmętach spowolnienia czasoprzestrzennego ratowali mnie starzy znajomi, którzy przychodzili zagłosować. Komisja, przy której siedziałem była jedną z kilku komisji w mojej dzielnicy, ale nie była tą właściwą dla mojego miejsca zamieszkania, stąd liczba znajomych twarzy była raczej niewielka. Niemniej jednak, jak już się jakaś taka osoba trafiała (czasem po 10 latach niewidzenia) to można było kilka słów zamienić. Przyznam nie bez dumy, że u wszystkich tytuł "mąż zaufania" wzbudzał duży podziw.
Około godziny 14 zwróciłem uwagę na około 50-letnią atrakcyjną, zadbaną kobietę, która rozmawiała z najstarszym członkiem komisji. Do moich uszu dolatywały fragmenty rozmów - "mąż zaufania...nie wiem skąd...tam siedzi...". Spojrzałem w stronę rozmawiającej pary i w tym momencie owa 50-latka ruszyła do mnie. "Dzień dobry, pan jest mężem zaufania, tak?". "Zgadza się" - odparłem. "Ale pan tu pilnuje tak wszystkiego, czy jakichś szczególnych rzeczy" - próbowała mnie sondować. "Jako mąż zaufania dbam o prawidłowy przebieg całego głosowania i liczenia głosów, natomiast reprezentuję Komitet Wyborczy Jarosława Kaczyńskiego". "O, bo ja jestem zainteresowana tym właśnie" - odparła wyraźnie zadowolona. "Obiecali mi w PiS, że będzie w tym roku mąż zaufania i dobrze, że pan jest. Proszę tu patrzeć, bo tutaj te głosy to zawsze tak jakoś dziwnie" - pani była wyraźnie przejęta. "Wie pani, może ludzie po prostu tak głosują" - odparłem. "Proszę pilnować" - rzuciła na odchodne i szeroko się uśmiechnęła. To właśnie po jej wyjściu uświadomiłem sobie i poczułem, że naprawdę reprezentuję KW Jarosława Kaczyńskiego. Że dzięki mojej obecności ludzie wychodząc z lokalu czują się spokojniej, pewniej. Podobnych sytuacji miałem dokładnie trzy.
Pomimo tego, że byłem w komisji w Gdańsku, w którym Bronisław i PO po prostu zawsze wygrywają byłem dumny, że na pytania ludzi, z jakiego komitetu jestem mogłem odpowiedzieć, że z komitetu J. Kaczyńskiego. I wiem, że może to zabrzmieć nieskromnie, ale fakt, że jestem młody i niegłupi absolutnie nie pasowało do tego, że mogę być właśnie z tego komitetu. Już szybciej z Urzędu Miasta albo z Platformy. "Czyli z PiSu?" - powiedziała jedna z członkiń komisji już po 20, kiedy odpowiadałem innemu członkowi skąd jestem. "Czyli od Jarosława Kaczyńskiego" - odpowiedziałem z uśmiechem na twarzy. Fajne uczucie stać naprzeciwko ludzi i reprezentować coś, czego się nie spodziewają (JK), w sposób, który teoretycznie do tego nie pasuje (np: mój wiek). Ludzie potrzebują przykładów, aby wyrwać ich z odrętwienia. Podoba mi się to.
Trochę zszedłem z tematu. Wraz ze zbliżaniem się godziny 20 "odwaga" członków komisji wobec mnie zaczęła rosnąć. Ponieważ stanowczo odmawiałem kawy (bo nie piję) i herbaty (bo nie była mrożona) mogłem sprawiać wrażenie jakiegoś izolującego się służbisty. Kiedy zostałem poczęstowany sezamowym ciastkiem odmówić nie mogłem. Za kilka chwil rozmawiałem na podwórku z jedną z dziewczyn z komisji (co wzbudziło wielkie poruszenie u innych członków, którzy spozierali na nas przez firankę). Okazało się, że owa panna już któryś raz z rzędu pełni rolę członka i że jest (nie tylko ona) zdziwiona tym, że w tym roku pojawił się mąż zaufania, bo "jeszcze nigdy go tu nie było", jak to ujęła. Jakby nie patrzeć, z punktu widzenia tych ludzi, którzy zasiadają w tych komisjach regularnie (w większości) pojawienie się takiego człowieka jak ja, może być zinterpretowane dosyć jednoznacznie - podejrzewają nas. Od dziewczyny dowiedziałem się, że członek komisji dostaje 135 zł, przewodniczący 165 zł. Kiedy powiedziałem, że ja nic za moją funkcję nie otrzymuję, spotkałem się ze szczerym i nieukrywanym zdziwieniem. Moja rozmówczyni święcie wierzyła, że z uwagi na mój tytuł dostaję co najmniej 5 razy tyle co ona. Dopytywała się, co mogę, jaka jest moja rola i czy coś mi się nie podoba. Odpowiadałem z uśmiechem, ze wszystko jest ok. Wróciliśmy do lokalu. Za kilka chwil przyszedł mąż jednej z członkiń komisji z ich małą, jak się później okazało 1,5-roczną córką. Mała chodziła wesoło i odkrywała wszystkie niezmiernie interesujące dla niej rzeczy, w tym mnie siedzącego na niebieskim krześle. "Paaaan" - powiedziała wskazując na mnie palcem. "Tak to jest pan. I pan tutaj siedzi i nas pilnuje, żebyśmy wszystko robili dobrze. A jak będziemy robili niedobrze, to pan nam zrobi niu, niu niu" - wyjaśniła moją rolę swojemu dziecku. "Już niech tak pani mówi, bo się dziecko wystraszy" - powiedziałem z uśmiechem i puściłem szkrabowi oczko. Cóż, moja pozycja w tym miejscu była jasna. Nawet dla dzieci.
Najciekawiej zrobiło się po zamknięciu lokalu, kiedy pojawili się wszyscy brakujący członkowie (2 osoby) i dopytywali się pozostałych kolegów, kim ja jestem. A kiedy zacząłem przechadzać się pomiędzy ludźmi liczącymi głosy, układającymi je w kupki, sprawdzającymi podpisy to wiedziałem, co czuje nauczyciel chodzący w klasie w trakcie sprawdzianu. Instytucja męża zaufania po prostu ludzi dyscyplinuje. Tak naprawdę nikt nie wie, kim ten mąż jest, jaki jest, co zrobi, na co zareaguje, dlaczego mi się przygląda itd. Mimo, że niektórzy mogliby powiedzieć, że jest to funkcja, która podważa zaufanie społeczeństwa do komisji i że jest niepotrzebna, to moim zdaniem w każdej komisji taki człowiek powinien być. Bo skoro owe komisje od lat składają się prawie z tych samych osób (sic!), to wprowadzenie zewnętrznego powiewu świeżości, który co prawda nic w komisji robić nie może, ale ma prawo reagowania, jest bardzo sensownym rozwiązaniem. Uważam, że powinniśmy zrobić wszystko, aby w lipcu każda komisja takiego męża zaufania miała. Nie jest to praca ciężka, nie wymaga 14-godzinnej atencji. Sama obecność męża zaufania ma charakter wysoce prewencyjny i w przypadku ewentualnych zakusów, aby jakieś wyniki podrasować może je (zakusy) skutecznie zniwelować.
W mojej Obwodowej Komisji Wyborczej wygrał Bronisław, tak jak w całym Gdańsku. Głosy liczone były do godziny 22, bo brakowało 3 podpisów. Skrupulatne przeliczenia w końcu ujawniały błędy sumowania poszczególnych podstron. Poszukiwania ostatniego, brakującego podpisu trwały chyba 30 minut. Gotowe wyniki spisałem, zadzwoniłem do sztabu, przekazałem. Koniec. Podziękowałem całej komisji, wszyscy głośno i z uśmiechami życzyli mi dobrej nocy. Nie miałem żadnych zastrzeżeń. W domu byłem przed 23. To była dobra niedziela.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)