Niespełna miesiąc temu wracałem razem ze znajomym ze spotkania, które przeciągnęło się do późnych godzin, oscylujących około północy. Ponieważ akcja mojego krótkiego opowiadania toczy się w Sopocie, na najbardziej obleganej ulicy kurortu zwanej popularnie Monciakiem, a na dodatek w weekendowy piątek, toteż pomimo minusowych temperatur przed oczami paradowały nam hordy nieadekwatnie do pory i aury przyodzianej młodzieży. Ubiór i późna godzina nie są oczywiście najistotniejsze, kto bywa w Sopocie jest przyzwyczajony do widoku półnagich dziewoj przemykających chyłkiem z lokalu do lokalu. Tak więc zmierzaliśmy z kolegą w górę Monciaka kontemplując otoczenie i nagle naszym oczom ukazała się grupa kilku dziewcząt, które wedle mojej oceny były wyraźnie zagubione. Ponieważ pomagać rzeczą ludzką zapytałem, czego niewiasty szukają. W odpowiedzi usłyszałem, że nie wiedzą, jak dojść do klubu X (gdzie X to nazwa owego przybytku). Będąc pod wpływem dopiero co zakończonego spotkania, które siłą rzeczy poruszało również tematy natury politycznej, odpowiedziałem im mniej więcej w taki sposób: "Do X? Przecież tam chodzą sami platformersi! Dziewczyny, oszalałyście? Tylko nie tam!". Przyznaję bez bicia, że nie wiem, kto gdzie chodzi, wiem natomiast, że ostatnimi czasy wszystkie rozmowy, a szczególnie z nowopoznanymi osobami bardzo szybko sprowadzam do aktualnej sytuacji na scenie politycznej. Nie kryję się z moimi zapatrywaniami, natomiast w 95% wypadków trafiam na pustkę typu "ja się na tym nie znam, ja się polityką nie interesuję". Szczerze mówiąc jest to najlepszy rodzaj odpowiedzi u rozmówcy, bo w zależności od tego, jakim czasem dysponuję jestem w stanie zasiać jedno, bądź wiele ziarenek wątpliwości. Proszę wybaczyć mi tą krótką dygresję, wracam do głównego wątku. Po mojej emocjonalnej odpowiedzi o charakterze klubu, do którego zmierzały dziewczęta, zostałem przez nie bezkompromisowo rozłożony na łopatki. Jedna z nich spojrzała na mnie z ironicznym, ale sympatycznym i przyjaznym uśmiechem i pokazując mi swój telefon powiedziała - "Za kogo ty nas uważasz? To zrobiłyśmy dzisiaj...". Spojrzałem na wyświetlacz i oniemiałem. W komórce przypadkowej dziewczyny z sopockiej, piątkowej nocy (a zapewne i w komórkach jej koleżanek) zobaczyłem zdjęcie przedstawiające napis wykonany flamastrem, bodajże na fragmencie jakiegoś ogrodzenia. Napis o treści "SZAKAL TUSK! HIENA PALIKOT!". Przyznam się bez bicia, że byłem bezceremonialnie zdziwiony.

Dlaczego o tym piszę? Nie dlatego, żeby podzielić się ze wszystkimi odkryciem, że Tuska i Palikota można kojarzyć z przedstawicielami świata zwierząt tej rangi (skądinąd określenia bardzo celne). Piszę, bo ta sytuacja jest fragmentem większej całości, która wymyka się Platformie Obywatelskiej spod kontroli. W 2007 roku to m.in. dzięki głosom młodych ludzi PO pokonało PiS. W roku 2011 żadna telewizja nie trąbi na lewo i prawo, że w grupie wyborców w wieku 18-24, a więc tych najmłodszych o wiele częściej wybieraną partią jest Prawo i Sprawiedliwość. Sypie się misternie komponowana narracja o młodych, wykształconych, z dużych miast. PO, Tusk, Niesiołowski, Palikot, Miro, Zbychu, Rychu i "niestrudzona w walce z korupcją, żelazna dama polskiej polityki" Julia Dorsz Pitera, czy w końcu Bronisław Bul Komorowski stają się obiektem autentycznych kpin i żartów najmłodszego pokolenia Polaków. Jest to o tyle istotne, że dzieje się to naturalnie, bez żadnego pompowania, podpowiadania, bez medialnego wulkanu pośmiewisk, pomówień i oszczerstw, tak jak to miało miejsce chociażby ze śp. Lechem Kaczyńskim. Tak, jednego możemy być pewni. Platformerska ekipa jest w stanie sprytnie wymknąć się fasadom budowanego przez siebie i "zaprzyjaźnione media" pijarowskiego wizerunku i pokazać swoje prawdziwe oblicze. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Hiena nigdy nie będzie lwem, choćby nie wiem jak dobrze podretuszowana. Po prostu się nie da.


Komentarze
Pokaż komentarze (16)