Mam to szczęście, że moje kontakty ze służbą zdrowia są dość sporadyczne. Niestety ostatnio miałem okazję przekonać się o tym, że dzisiaj, żeby korzystać z publicznej opieki medycznej trzeba mieć końskie zdrowie i nerwy ze stali.
Pomimo domowych sposobów walki z czymś, co przypominało przeziębienie musiałem zdecydować się na wizytę w przychodni. Poniedziałek. Dzwonię do rejestracji. Jest 8 rano. "Doktor X jest na urlopie, mogę zapisać do innego lekarza" - słyszę po 20 minutach odbijania się od zajętego numeru. "Bardzo proszę" - odpowiadam. Jest mi obojętne, kto mnie zbada, bylebym tylko nie musiał kolejnych dni spędzać w aktualnym stanie. Słychać szmer przewracanych kartek. "Na środę rano" - wyrywa mnie z zadumy głos pielęgniarki. "Mam czekać dwa dni?" - nie mogę uwierzyć. "To niech pan przyjdzie, może któryś z lekarzy przyjmie" - kwituje rejestratorka. Idę. Pobieram z automatu numerek do rejestracji. Na szczęście czas oczekiwania nie jest długi. Byłoby szybciej, gdyby pacjentów nie obsługiwało tylko jedno okienko. Są cztery. I tyle samo pielęgniarek. W końcu podchodzę. Wyjaśniam swoja sytuację. Rejestratorka robi szybki rekonesans, czy aby na pewno kwalifikuję się na obejrzenie przez lekarza. "Gorączkuje pan?" - pyta. "Tak!" - choć dziś rano miałem 36.2. Widocznie trzeba być rozpalonym, jak hutniczy piec, żeby nie czekać dwóch dni do lekarza pierwszego kontaktu. Wszystkie inne objawy, które sprawiają, ze człowiek czuje się zdechle i bez mocy do życia nie maja znaczenia. Nawet rwący, jak diabli kaszel. Dostałem karteczkę z numerami trzech gabinetów, trzech lekarzy. Mam spore szanse, że któryś mnie przyjmie. Wynajduję ten, do którego czeka najmniej ludzi. Będzie szybciej. Siadam i czekam. Mijają kolejne minuty. W końcu po kwadransie otwierają się drzwi. Wchodzę i pytam, czy pani doktor mnie zbada. W trzy sekundy opisuję objawy i jak bardzo mi to przeszkadza, ile trwa. Robię minę zbitego psa. "Mogę pana zapisać na wtorek na rano" - proponuje lekarka. Nie ustępuję. W końcu zgadza się. Wybiegam uradowany. Uradowany. Czy to nie dziwne? Znowu jestem pod rejestracją. Czekam, aż skończą obsługiwać starszą panią. Recepty, badania, zapisy, terminy. Po 10 minutach siadam, mówiąc, że jest zgoda. "Proszę przygotować dowód ubezpieczenia" - rzuca pielęgniarka i gdzieś znika. Dowód ubezpieczenia? "Jaki dowód ubezpieczenia?" - pytam po jej powrocie. Mam przy sobie tylko książeczkę RUM. "Teraz musi mieć pan potwierdzenie, że jest pan ubezpieczony. Odcinek emerytury, przelew z banku, druk ZUS" - wyjaśnia. "Czyli przy każdej wizycie muszę mieć przy sobie potwierdzenia wpłat?" - pytam z niedowierzaniem. "No nie przy każdej, jak pan będzie dwa razy w miesiącu, to tylko raz wystarczy" - stwierdza z rozbrajającą szczerością pielęgniarka. "Czyli raz w miesiącu muszę zabierać ze sobą aktualne poświadczenie bycia ubezpieczonym?" - precyzuję. "Tak jest!" - w końcu doszliśmy do ładu. "Nie dało się tego bardziej skomplikować?" - pytam ironicznie, a jednocześnie czuję, że zaczynam się irytować. "Proszę posłuchać, to nie jest nasz pomysł. To co, ma pan ten dowód ubezpieczenia?" - sprowadza mnie na ziemię. "Niestety nie mam" - mówię skonsternowany. "To ja muszę zaznaczyć na karcie, że jest pan bez ubezpieczenia" - stwierdza i zaczyna wypisywać dokument. "Ale przecież jestem ubezpieczony!" - replikuję. "Płacę co miesiąc prawie 1000 zł i jeszcze mam ponosić koszty zwykłej wizyty u lekarza?!!" - dopada mnie frustracja. "Ale ja nie wiem, czy pan jest" - odpiera moje żale pielęgniarka. "A ma pani internet?" - nagle mnie olśniło. "No mam…" - odpowiada niepewnie. "To ja pokażę przelewy przez www, może być? Tylko muszę na chwilę usiąść do komputera" - jest światełko w tunelu. "A co pan chce, żeby mnie przełożona ochrzaniła za to, że tu pana wpuszczam?" - nie podoba się jej pomysł udostępniania mi stacji roboczej. "Ale wpuści mnie pani, aby zobaczyć dowód ubezpieczenia, a więc będzie to w ramach obowiązków, więc nic się nie stanie" - przekonuję ją. "Niech pan wchodzi, tylko szybko" - wskazuje mi drzwi. Za chwilę jestem na stronie internetowej swojego banku, pokazuję przelewy. "Niech będzie." - stwierdza niemalże bez patrzenia. "Proszę poczekać pod gabinetem, zaraz ktoś przyniesie kartę" - mówi mi po wypisaniu papierków. Idąc na piętro zatrzymuję się przed tablicą z ogłoszeniami przychodni. "Uprzejmie informujemy, ze limit na zabiegi rehabilitacyjne na rok 2011 został wyczerpany" - karteczek tego typu kilka. Jednocześnie duża reklama najnowocześniejszej aparatury do rezonansu magnetycznego. "Bezpłatnie! Już w naszej przychodni!" - krzyczy ogłoszenie. Wystarczy skierowanie od lekarza. Tzn. od specjalisty. A żeby dostać skierowanie do specjalisty, trzeba dostać się do rodzinnego. A jeśli już specjalista skieruje na rezonans to trzeba swoje odstać. W kolejce. Na moje oko - kilka miesięcy. Na szczęście ja czekam tylko do lekarza pierwszego kontaktu. Przede mną dwie osoby. Wszyscy kaszlą, jest duszno i parno. Okna się nie otwierają. Zastanawiam się, co jeszcze oprócz recepty przywlokę ze sobą do domu. W końcu po 30 minutach jestem w środku. Szybkie badanie. Antybiotyk. Kuracja trzydniowa. Jakaś nowość. Jestem zdziwiony tym, że pani doktor wszystko drukuje. Koniec z deszyfrowaniem bazgrołów w aptece. Farmaceuci będą kształcić się o połowę krócej - odpadną przedmioty odczytywania hieroglifów. Wyrażam swoje uznanie dla komputeryzacji i braku papierów wypisywanych ręcznie. Lekarka mówi, że owszem, to wygoda, ale nie wszędzie jeszcze takie maszyny są, no i jak nie ma, to wypisanie recepty jest koszmarem, bo trzeba wpisywać PESEL, dane adresowe, numerki, symbole, kody itd. Trwa to strasznie długo. Dobrze, że jednak farmaceuci jeszcze potrafią te hieroglify czytać. Wychodzę. Koniec. Prawie, jak batalia. W aptece nawet nie jestem zdziwiony, gdy okazuje się, że przepisanego antybiotyku nie ma, ale jest coś w tym samym składzie, tylko innego producenta. "Może być?" - pyta słodko aptekarka. A skąd ja mam wiedzieć? Może. Niech będzie. Cały rachunek - prawie 50 zł. Oprócz końskiego zdrowia trzeba mieć gruby portfel. Chorowanie to drogi biznes.
Tak mi się jeszcze na koniec przypomniała rozmowa, której byłem świadkiem. Poradnia specjalistyczna. Początek czerwca. Rejestratorka odbiera telefon. "Niestety, mogę panią zapisać dopiero na drugą połowę października...ach prywatnie, to w takim razie zapraszam na jutro na 13. Albo pojutrze od 11". Limity, ograniczenia, niebotyczne kolejki. Czy to do specjalistów, czy to na zabiegi, czy ponownie do specjalistów z wynikami badań. Poważniejsze schorzenia i skomplikowane przypadki potrafią ciągnąć się miesiącami albo latami. Można umrzeć w kolejce. Oczywiście w kolejce publicznej. Bo prywatnie, na tych samych maszynach, w tych samych gabinetach wszystko pójdzie o wiele szybciej. Szlachetne zdrowie. Płacz i płać.


Komentarze
Pokaż komentarze