Ten program przejdzie do historii. Medialne, prymitywne show obliczone na zdyskredytowanie lidera partii opozycyjnej Jarosława Kaczyńskiego zmieniło się w tryumf normalności nad fałszem, który obdarł Tomasza Lisa z uzurpatorskich szat pierwszego dziennikarza RP. Wszyscy, którzy latami pracowali na pozycję redaktora naczelnego Wprost jęknęli z bezsilności. Pomijając fakt, że spaliła się na panewce ostatnia szansa poniżenia znienawidzonego Kaczyńskiego stało się coś jeszcze. Jeden wieczór wystarczył, aby w pełnym blasku ukazać prawdziwe oblicze narzędzia, jakim jest Tomasz Lis. Jest, czy był? Sławomir Nowak przyznał na Twitterze: „Lis dramatycznie słaby”. Nietrudno się domyślić, jakie emocje kryją się za tymi słowami. Cesarz jest nagi. I nic tego nie zmieni.
A zaczęło się normalnie. Pytania o gospodarkę, kryzys, deficyt. Pierwsze potknięcie Lisa, który zarzucił Kaczyńskiemu podniesienie podatków i to, że troszczył się tylko o ludzi zamożnych. Potem redaktor zaczął pędzić równią pochyłą. W dół. Pytał o pistolecik sprzed 20 lat, o wypowiedź Tadeusza Rydzyka sprzed 4 lat i o mecz Jagielloni sprzed 3 lat. Wszystko z taką powagą, jakby te sprawy dotyczyły bezpieczeństwa wewnętrznego naszego kraju. Jarosław Kaczyński odpowiadał spokojnie, z uśmiechem. Wtórowała mu publiczność, oklaskując gromkimi brawami najlepsze wypowiedzi premiera. Nie wiem, czy Tomasz Lis robił to wcześniej, ale zwrócił się do klaszczących i powiedział, aby tego nie robili. Cóż, program wymykał się spod kontroli. Redaktor prowadzący utwierdzał wizerunek Kaczyńskiego, jako nobliwego, uśmiechniętego starszego pana, któremu daleko do agresji i ziania nienawiścią. Ale działo się coś jeszcze. Na oczach milionów widzów Tomasz Lis potwierdził, że obraz Prawa i Sprawiedliwości jest wypaczany przez media. Oskarżycielski, kojarzący się z przesłuchaniem ton głosu i mowa ciała prowadzącego przy pytaniach o poręczenie Kempy dla Starucha, o bandziorów stadionowych, o używanie zwrotu premier wobec Tuska, o ukryte intencje w zdaniu o Angeli Merkel, o RAŚ, o debatę z szefem rządu skonfrontowane z rzeczowymi, celnymi odpowiedziami i uśmiechem pobłażania nie pozostawiały złudzeń. Lis tonął. Nie udała się nawet godna pożałowania prowokacja z „kartoflem” i „czarownicą”. Prowokacja oparta na ludziach, którzy nie żyją. Czy można upaść niżej? Miałem nieodparte wrażenie, że z Jarosława Kaczyńskiego bije niesamowita pewność siebie i spokój. Niczego się nie bał. Niczego nie musiał udawać. Po prostu był sobą. Tak właśnie wygląda starcie kłamstwa i prawdy.
Tomasz Lis pokazał prawdziwą twarz. Oficjalnie przestał być niezależnym dziennikarzem. Był stroną. Nie obiektywnym publicystą, który pyta o sprawy ważne dla Polski, tylko funkcjonariuszem Platformy Obywatelskiej, który na pierwszej linii walczy bez kamuflażu z największym wrogiem. I przegrywa. Ktoś napisał w jednym z mediów społecznościowych: „Teraz już w ogóle nie potrzebujemy debaty Kaczyńskiego z Tuskiem. Kaczyński właśnie pokonał jego avatara.” To prawda. Tomasz Lis przejdzie do annałów dziennikarstwa, jako ten, który dociekał, ile lat temu, gdzie i z kim grała Jagiellonia Białystok. Gdyby program był dłuższy pewnie zapytałby o pogodę, czas i kolor krzesełek na stadionie. Zapisze się w historii, jako ekspert od narracji pod ustaloną tezę, która tym razem pogrążyła właśnie jego. Tomasz Lis, obrońca kandydatek Prawa i Sprawiedliwości, które nie zasługują na pierwsze miejsca na listach wyborczych, a tym bardziej na miejsca w jego studiu. Tomasz Lis, pierwszy z ostatnich, którzy zapomnieli albo nigdy nie wiedzieli, czym jest rzetelne dziennikarstwo.
Tak panie Tomaszu, jest pan tylko magistrem dziennikarstwa.
Nie dziennikarzem.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)