Ras Fufu- Lew Salonowy Ras Fufu- Lew Salonowy
73
BLOG

Służba zdrowia po polsku- mój pies Plaster miał lepiej niż mój d

Ras Fufu- Lew Salonowy Ras Fufu- Lew Salonowy Polityka Obserwuj notkę 4

Co jakiś czas musimy pójść do lekarza. Ja na szczęście lekarzy mam w rodzinie i wśród znajomych, albo w Anglii, gdzie mój pracodawca zapewnił mi usługi w jakimś  rodzaju przychodni- szpitala a do tego miałem kartę National Insurance do czegośtam uprawniającą.

Mieszkając w Polsce nie wiem nic. Sposoby rozliczania z lekarzem są chyba inne w każdym regionie. Są nawet takie książeczki z jakimiś kwitkami z kodem kreskowym, i inne patenty. Gdzieś to mam chyba w szafce, mama to wzięła dla mnie wiele lat temu, ale czy to działa w Warszawie, to nie wiem.

Moi koledzy i znajomi pytają się mnie czy w Polsce można iść do lekarza na brytyjską kartę NI. Oni polskich ubezpieczeń nie mają, w Polsce nawet nie pracują, tylko w Anglii. Z Anglii wracają do Polski tylko poodpoczywać, przez kilka miesięcy w roku siedzą na wynajętym mieszkaniu, oglądają filmy na DVD i palą gibony (gandzię). Nawet nie chodzą na imprezy, bo w klubach jest za dużo dymu papierosowego. 

W mojej rodzinie, w której sporo lekarzy, jest anegdota o tym jak zachorowała na serce nasza suczka oraz nasz dziadek. Oboje trafili do klinik- ona do tej psiej, prywatnej, a dziadek do państwowego szpitala w którym w dodatku pracują znajomi lekarze.

Suczka wszystkie skomplikowane badania (rtg usg ekg i jeszcze kilka tym podobnych skrótów) miała zrobione w ciągu 30 minut, do tego zdjęcie serca przesłano elektronicznie do specjalisty od psiej kardiochirurgii w Warszawie. Wieczorem w domu zadzwonił telefon z Warszawy, że pies niestety nieuleczalnie chory- rozedma mięśnia serowego czy coś w ten deseń.

Innego mojego psa dwa razy operowano tam na raka. Ciekaw jestem czy mój pies, mający zresztą wśród moich znajomnych ksywkę "Plaster" z powodu często towarzyszących mu różnych opatrunków, pożyłby tyle lat gdyby za te same pieniądze usługi zdrowotne dla zwierząt wykonywałby podmiot państwowy. A tak dożył wieku psiego seniora idącego niemożebnie wolno ulicą.

A dziadek- człowiek? Zrobienie tego samego zestawu typowych badań serca w państwowym szpitalu zajęło wg słów mojej mamy aż 10 dni. Szpital ów to posępne gotyckie gmaszysko w którym czas się zatrzymał na epoce odpadającej farby olejnej ze ścian. Dziadek oczywiście umarł, choć pewno przy sprawnej obsłudze zdrowotnej jeszcze by pożył i do teraz. Znajomości nie pomogły.

Na pacjentów tak się tam czeka, że kolega, który rozwalił się w okolicznych górkach gdzie śmigamy na rowerze (nie miał zbroi na szczęście miał kask), zabrany z miejsca wypadku przez mojego brata który na szczęście ma terenówkę (karetka w życiu by tam nie dotarła), odwieziony do szpitala pod izbę przyjęć, po prostu przeszedł go na wylot. Nie zatrzymany przez nikogo, wyszedł drugimi drzwiami po przeciwnej stronie i siedział na ławce przed szpitalem gdy dojechaliśmy wlekąc jego rower. 

Inna koleżanka z małej wioski w rodzinnej okolicy rozbiła kolano na huśtawce z opony zrobionej w pałacowej komnacie, i na karetkę na tej swojej wiosce czekała dwie godziny! Znajomi donoszą o mrożących scenach w szpitalu- na izbie przyjęć czekają ludzie z nożem wbitym w dłoń, skapującą krwią z rozciętych skroń, same straszne przypadki. Czekają sobie spokojnie w kolejce z dłutem w nodze.

W pubach i klubach krążą opowieści o weterynarzu który słysząc w barze opowieść swojego znajomego którego palca dość równo odciętego w czasie prac rolniczych nie chciano przyszyć ani w pogotowiu ani w szpitalach w okolicy, bardzo żałował że ów znajomy z tym palcem nie przyszedł do niego- ów weterynarz przyszyłby mu go po prostu.

Moi koledzy skejci leczą się sami. Złamałeś rękę, nogę, kup sobie na allegro lub w skejtszopie stablilizator, usztywniacz, ortezę. Ze złamaniem żebra nikt nie idzie do lekarza, większość ludzi nawet nie wie jakie dokumenty trzeba mieć by tam pójść. Na sportowych forach internetowych kwitną domowe porady lekarskie od tych "prosów", którzy połamali już niejedno żebro i nogę. Służba zdrowia obrosła biurokracją i jest niedostępna nawet dla tych co pracują i mają ubezpieczenie.

Lekarze domowi to fikcja- wg tego co mi opowiadano zarabiają najlepiej bo od 6-7 do kilkunastu tysięcy, a za to teoretycznie musiałbym najpierw się tam wybrać po odpowiednie skierowanie. Nie jestem debilem, wiem co mi dolega i w większości przypadków chciałbym udać się do specjalisty, albo do przychodni która robi kompleksowo moje coroczne badania krwi jakie staram się regularnie robić. Nie chce mi się tracić czasu na szukanie tych papierów, wolę zapłacić niż tracić czas na chodzenie o jakieś 50 zł.

W Niemczech wszystko było proste. Z moją kartą kasy chorych (byłem w AOK chyba) lazłem do którego lekarza chciałem. Czasem trzeba było skierowanie, czasem nie. Lekarze oferowali bardzo szeroki zakres usług,  gabinety porozbudowywali do roli małych klinik jak ta dla zwierząt w moim rodzinnym mieście w Polsce. Czasem robili też operacje, szczególnie ci specjaliści. Miałem tam dwie drobne operacje, w stylu "stulejka".

Oczywiście kasy były też naciągane- lekarze naciągali pacjentów na niespecjalnie konieczne operacje etc. Ale generalnie korzystanie z usług medycznych było jakieś prostsze, pacjenci byli lepiej poinformowani o zakresie refundowanych usług etc. Nie tak dawno wprowadzono tam partycypację leczonych- trzeba było płacić po 5 czy 10 euro za każdą wizytę, resztę pokrywała ubezpieczalnia.

Mam wrażenie że ta państwowa opieka medyczna w Polsce to po prostu świadome ściemnianie i oszustwo, dostępne jedynie dla tych co mają czas na czekanie i grzebanie w papierkach- a więc tych starszych albo bardzo biednych. Moi warszawcy znajomi mają powykupywane przez zatrudniające ich firmy prywatne świadczenia medyczne. Przecież nie mieliby ich gdyby państwowa służba zdrowia pracowała normalnie.

Ubezpieczenie zdrowotne okazało się kolejnym podatkiem. Podatkiem na rzecz leczenia milionów ofiar polskiego stylu jazdy, stanowiących większość klienteli polskiej służby zdrowia. Czemu kierowy tak brawurowo jeżdżą? Bo za efekty swojej jazdy nie płacą! Kierowcy wciąż nie pokrywają kosztów leczenia ofiar wypadków i cały naród miliardami dotuje polski boom motoryzacji indywidualnej. A gdzie indziej ubezpieczenia są tak drogie że nielicznych stać na auto. W Niemczech mój kumpel musiał płacić ubezpieczenie za każde miejsce w samochodzie osobno. Stać go było chyba tylko na jedno wykupione ubezpieczenie dla kierowcy i i tak było to kilkaset PLN miesięcznie.

A tak my Polacy, pompujemy miliardy w to by ci bardziej zamożni mogli sobie jeździć autami koszty spychając na swoje ofiary. Nie tak dawno spotkałem ofiarę wypadku samochodowego. Za połamane nogi na oznaczonym przejściu dla pieszych na ulicy na moim osiedlu ten starszy pan dostał od ZUS 400 złotych. Polska to kraj skurwieli, kapitalizmu budowanego na ludzkiej krzywdzie. Gdzie indziej dostałby 400 ale tysięcy.

Ubezpieczenie stało się podatkiem na rzecz szpitali które zwykle do pięt nie dorastają prowincjonalnej klinice dla zwierząt (robionej przez weterynarza z pasją i poczuciem misji). Podatkiem na rzecz lekarzy domowych których często znacie tylko z nazwiska, gdy się musieliście gdzieś zapisać. Prywatne kliniki nie mogą konkurować bo nie mają dostępu do drogich maszyn do wykonywania badań- te są tylko w państwowych placówkach.

Ale mamy czasy- psy mają lepiej niż ludzie.

Lubię operę i prowadzę witrynę Radiotelewizja.pl Radiotelewizja Promote your Page too

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka