Ostatnio zauważyłam w S24 nowe zjawisko, natury, by tak rzec, sportowej.
Otóż w sporcie, w grach zespołowych występuje pojęcie "krycia" - oznacza przypisanie, przydzielenie zawodnika jednej drużyny konkretnemu zawodnikowi drugiej drużyny. Celem jest maksymalne utrudnienie gry przeciwnikowi.
Przydziału zawodnika "kryjącego" dokonuje trener, kierując się znajomością cech indywidualnych przeciwnika - stąd czasem wyznacza kilku "kryjących" na jednego, którego uznaje za szczególnie niebezpiecznego dla swojej drużyny. Zdarza się, że zawodnik kryjący dokonuje w trakcie gry zmiany charakteryzacji i występuje czasem pod kilkoma postaciami.
Zarówno dla zawodników, jak i szerokiej publiczności – szybko staje się czytelne i jasne kto kogo „kryje”, czyli kto do kogo został przydzielony.
Zabawa polega na obserwacji na ile „kryjący” jest sprawny i jak sobie radzi. Czy wybór trenera podyktowany był przeciwstawieniem intelektu - intelektowi, siły- sile, doświadczenia – doświadczeniu a nawet wieku – wiekowi..
Publiczność ocenia czy trener wystawiający „kryjących” dysponuje pełnym wachlarzem zawodników , których jakość dorównuje zawodnikom przeciwnika i czy dokonał właściwego wyboru, zapewniając sobie skuteczne osłabienie przeciwnika, a tym samym wzmocnienie własnej drużyny.
Żeby było ciekawiej – osoba trenera w ogóle nie jest znana, decyzje zapadają poza miejscem rozgrywki w miejscach, które można umownie nazwać „szatnią” konkretnej drużyny – do której wstęp mają oczywiście zawodnicy sprawdzeni i lojalni.
Ostatnio nawet dość głośno było o bezpardonowym pozbawieniu prawa wstępu do „szatni” zawodników, których lojalność została poddana w wątpliwość. Bynajmniej nie na skutek jakichś zdecydowanych aktów wymierzonych przeciw drużynie, a jedynie na skutek dostrzegania pozytywnych cech przeciwnika. Takie przejawy niesubordynacji, samodzielnego myślenia i kierowania się rozumem są w drużynie przesiadującej w „szatni” tępione bezwzględnie, jako osłabiające morale całej drużyny przez pozbawianie jej podstawowej cechy – nienawidzenia wroga z całych sił.
Wracając wszakże do zawodników „kryjących”.
Będąc sama czasem zawodnikiem, samotnie rozgrywającym swoje gry, chociaż przez trenera drużyny z „szatni” ocenianym jako reprezentant większej drużyny, a czasem będąc publicznością - od bardzo dawna obserwuję toczone boje – przyglądam się siłom rzucanym na boisko przez trenera. Zarówno tym, przydzielanym mnie osobiście, jak i innym graczom.
Pomijając fakt, że w ostatnim czasie ławka rezerwowych mocno się trenerowi z „szatni” skróciła – zauważyłam także ciche zniknięcie wielu czołowych do niedawna zawodników.
Toteż i jakość tych, którzy trenerowi pozostali – jest nienajlepsza.
Powtarzają te same ograne sposoby, stosują doskonale znane przeciwnikom chwyty, stali się monotonni, nudni, przewidywalni do ośmieszenia i do natychmiastowego ogrania.
Niezrażeni, a może po prostu nieumiejący ocenić sytuacji na boisku, pokładający bezbrzeżne zaufanie w talenty strategiczne swojego trenera – wybiegają wciąż zdyscyplinowani na boisko, z zaskoczeniem obserwując brak aplauzu nawet z własnych trybun , a co gorsza, zdarza się, że zostają wygwizdani także przez własnych kibiców, z których wielu ostentacyjnie zakłada szaliki i barwy przeciwnika, przesiadając się na jego trybuny.
Gra toczy się coraz wolniej, spokojniej, bez większych napięć, z rzadka tylko jakieś pojedyncze akcje wywołują ożywienie. Trener z „szatni” nie ma powodów do zadowolenia, ponieważ przeciwnik stale zdobywa punkty – co grozi trenerowi kolejnym spadkiem do kolejnej, niższej ligi.
I tak patrząc na to niedorastanie zawodników „kryjących” do ich przeciwników, na ich niemożność zagrożenia graczom zwycięskiej drużyny - zastanawiam się nad istotą sportu.
Nie nad przygotowaniem technicznym zawodników, wytrenowaniem, mobilizacją, umiejętnością gry w zespole, pracowitością i oddaniem drużynie – a nad tym co w sporcie jest najważniejsze: nad motywacją.
Nad tym zbiorem cech indywidualnych zawodnika, które sterują jego mentalnością, nakazującą mu uporczywe, choć przecież w widomy sposób nieefektywne realizowanie założeń trenera.
Pomijam zawodników pracujących dla pieniędzy, których ambicje osobiste są podporządkowane stałemu przypływowi gotówki.
Bardziej interesują mnie zawodnicy działający bezinteresownie, którzy z tępym uporem kurczowo trzymając się schematów poza które nie są w stanie i nawet nie próbują wyjść, bez wątpliwości moralnych co do sensu uczestniczenia w z góry przegranej grze, zjawiają się karnie, gotowi do „krycia” – chociaż wiedzą i widzą, że podołać temu zadaniu nie są w stanie, a ich gra jest oceniana jako nieczysta, pełna fauli i nie wzbudza sympatii publiczności.
I dochodzę do wniosku, że motywacja kryje się w „szatni” – w potrzebie zasłużenia na słowa pochwały z ust kolegów, pochwały za samą gotowość do walki, bez względu na to o co toczy się gra.
A jeśli zdarzy się, że sam trener, lub któryś z jego asystentów wyrazi uznanie – to dla tych paru słów, dla tego spojrzenia - choćby z daleka, choćby z ekranu telewizora – warto rozpalać w sobie wciąż na nowo święty ogień nienawiści i wybiegać przed coraz bardziej obcą i reagującą w sposób coraz mniej zrozumiały dla „kryjących”, powiewającą radośnie emblematami przeciwnika publiczność.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)