Część II
Opisując w poprzedniej części zjawisko zdumiewającego braku odpowiedzialności za własne słowa Lecha Kaczyńskiego – poruszyłam wątek absurdalności tych słów doprowadzający po każdym wystąpieniu prezydenckim do konieczności tłumaczenia ich przez pracowników pałacu „z polskiego na nasze”. Czasem w roli tłumacza występował prezydencki bliźniak, co jednak doprowadzało do pogłębienia absurdu.
Absurd ma to do siebie, że wywołując zażenowanie, ogranicza zapał polemiczny. Absurd prezydencki jest jednak absurdem specyficznym – można rzec absurdem twórczym, rodzącym pytania. Pytaniem podstawowym, jakie narzuca się przeciętnemu słuchaczowi jest: Co on mówi? Czy on jest przy zdrowych zmysłach?
Prawdopodobnie taki właśnie odruch zdumienia, taka reakcja niedowierzania własnym uszom i własnym oczom także, jako ze absurdowi słów często towarzyszy absurd zachowań – kierowały posłem Palikotem, gdy niejako w imieniu milionów zdumionych rodaków zadawał pytania o stan zdrowia prezydenta.
Zdumiewający opór Kancelarii Prezydenta i osób związanych z Lechem Kaczyńskim, opisanych dość szczegółowo w artykule „Dziennika” - „Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego” – przed przecięciem spekulacji w najbardziej oczywisty, najprostszy i zarazem najbardziej honorowy sposób, czyli przez poddanie się prezydenta badaniom i opublikowanie ich wyników – pogłębia atmosferę, że „coś jest na rzeczy”.
I właściwie należałoby sobie chyba życzyć by „coś było na rzeczy” – bo byłoby to znacznie bardziej zrozumiałe, zwyczajnie ludzkie usprawiedliwienie prezydenckich wpadek niż rodzące się po ostatnich wystąpieniach inne pytanie.
A jest to pytanie, którego nikt z mainstreamu nie śmie zadać, bowiem odpowiedź na nie może wywołać polityczne trzęsienie ziemi. Myślę, że to pytanie zawisło nad nami jak gradowa chmura i czekamy czy wiatr ją z czasem rozwieje, czy spadnie nam na głowy.
Zauważyć można znaczne wyhamowanie typowych dla naszej polityki wystąpień, wydobywanie spod ziemi tematów zastępczych, nastrój przeczekiwania i niezadrażniania sytuacji, pomijanie wielu, wydawałoby się, niezwykle atrakcyjnych dla polityków i mediów spraw dziejących się aktualnie, które dotykają tematu, który na końcu stawiać musi pytanie:
Czy Lech Kaczyński w lipcu 2006 roku dokonał zamachu stanu?
A jeśli tak – to jakie powinny być tego konsekwencje?
„Natomiast wyrzucić go kazałem, to jest prawda.” – to słowa samego Lecha Kaczyńskiego o Kazimierzu Marcinkiewiczu.
Jest lipiec 2006 roku. Polską rządzi koalicyjny, dysponujący większością sejmową i większością senacką rząd premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Jest dobrze odbierany przez Polaków, a poparcie dla premiera jest rekordowe. Kazimierz Marcinkiewicz cieszy się ogromną popularnością i sympatią. Stwarza to możliwość przeprowadzenia niezbędnych reform, na które Polacy zdają się być przygotowani i wszystko wskazuje na to, że je zaakceptują.
I nagle, ku zdumieniu całej Polski 7 lipca 2006 roku Kazimierz Marcinkiewicz informuje Komitet Polityczny PiS (nawiasem mówiąc jedyna partia, która zachowała PZPRowskie nazewnictwo swoich struktur) o zamiarze złożenia dymisji, którą składa 10 lipca, a 14 lipca przekazuje urząd premiera rekomendowanemu przez Komitet Polityczny PiS na tym samym posiedzeniu 7 lipca, Jarosławowi Kaczyńskiemu
Dalszy ciąg znany wszyscy. Błyskawiczna degrengolada rządu Jarosława Kaczyńskiego, afery kryminalne z udziałem ministrów i wysokich urzędników tego rządu, gwałtowny spadek poparcia społecznego, rozpad koalicji, konieczność przeprowadzenia przedterminowych wyborów i w rezultacie miażdżąca, sromotna klęska w wyborach 21. października 2007 roku.
Stracone dwa lata, stracony entuzjazm dziewięciu miesięcy rządów Kazimierza Marcinkiewicza, wstyd i szkody powstałe w okresie niewiele ponad rok trwających rządów Jaroslawa Kaczyńskiego.
Polakom, zdumionym tą nagłą i pozbawioną racjonalnych przesłanek zmianą na stanowisku premiera w lipcu 2006 roku przedstawiano różne wyjaśnienia. Wyjaśniał były premier Kazimierz Marcinkiewicz, wyjaśniał nowy premier Jarosław Kaczyński, wyjaśniał prezydent Lech Kaczyński.
Wszyscy kłamali.
Cynicznie, w myśl słynnej maksymy posła Jacka Kurskiego „ciemny lud to kupi”w imię partyjniackich i osobistych interesów okłamywali społeczeństwo.
Dziś wiemy, że powód, dla którego obalono legalny i mogący realizować niezbędne dla społeczeństwa zmiany, rząd – był powodem czysto ambicjonalnym, wynikiem uprawiania zdumiewającej prywaty, nadużycia władzy, wywarcia nielegalnych nacisków na instytucje państwa i pojedyncze osoby, ukrytego przed Polakami nepotyzmu – Lecha Kaczyńskiego.
„Kazalem go wyrzucić”
Kazał wyrzucić! - jak śmiecia, jak intruza na swoim prywatnym folwarku – premiera polskiego rządu, bo jak mówi teraz Kazimierz Marcinkiewicz, chciał funkcji premiera dla brata bliźniaka:
"Kazimierzu, wiesz, że to Jarosław powinien stanąć na czele rządu, choćby na pół roku - byłoby dobrze, żeby miał tak prestiżową funkcję w życiorysie".
Nie ma tu mowy o dobru Polski, o potrzebach kraju, o wierności złożonej przysiędze. Jest potrzeba „prestiżowej funkcji w życiorysie” brata, dla której „każe wyrzucić” – zmuszając w zmowie Komitetem Politycznym PiS do realizacji swojej woli i samego Marcinkiewicza, i Sejm i Senat Rzeczypospolitej Polskiej.
Działania podjęte przez Lecha Kaczyńskiego w zmowie z bratem Jaroslawem Kaczyńskim, wówczas szeregowym posłem, których Jarosław Kaczyński staje się beneficjentem, otrzymując ową prestiżową funkcję w swoim życiorysie – są udanie przeprowadzonym zamachem stanu – o czym dziś z rozbrajającą absurdalnością swojej szczerości informuje nas sam Lech Kaczyński.


Komentarze
Pokaż komentarze (73)