Nie było mnie kilka dni i się porobiło, że hej!
Prezydent
– nieustająco stara się dawać dowody swojego wszechstronnego wykształcenia i chociaż nie jest w stanie spamiętać nazwiska obdarowanego polskim obywatelstwem piłkarza, który miał mu popularność podupadającą w narodzie nieco podźwignąć, bodaj o jakieś 2 % - to daje popis znajomości dogłębnej sędziowania futbolu. Pal licho tego wcześniejszego Benhałera, a teraz tego Perejro, pal licho emocje, pal licho nawet charakterystyczną niemożność pojęcia w jaki sposób należy trzymać kibicowski szalik i dlaczego nie napisem „Polska” do siebie – ale te namaszczone słowa o wierze w karne dyktowane w 93-ej minucie meczu...no wprost cymesik!
I to w loży prezydenta Austrii, jako zaproszona głowa państwa. Nie mówi nasz specjalista od małp w czerwonym o rozczarowaniu wynikiem, o doznanym zawodzie – nie. On kwestionuje zasadność decyzji sędziowskiej.
Ot, kolejny raz nasz profesor prawa w wydaniu PiSowskim, kwestionuje , tym razem na arenie międzynarodowej suwerenne decyzje niezależnych, suwerennych arbitrów i sędziów.
Co on ma w tej swojej głowie takiego, że „wie lepiej”, a wiedzę wynosi wyłącznie z własnych przekonań i dziwnego, by nie rzec magalomańskiego, poczucia wyższości?
Wie lepiej niż polski sąd – więc do wyroku nie zamierza się stosować, dopiero przymuszony przez komornika realizuje sądowy nakaz.
Wie lepiej niż dokumenty, sądy i historia, niż świadectwa ludzi, że Wałęsa to Bolek.
Wie lepiej, on, który internowanie spędził w szpitalu ( ciekawe, jaka to była wtedy choroba?), kto jest bohaterem opozycji i że z pewnością jest nim jego brat, którego bezpieka nie internowała, w ogóle nie ruszyła ( ciekawe także – dlaczego?).
Wie lepiej, że karny był podyktowany nieprawidłowo – bo on w prawidłowość tej decyzji nie wierzy. Bo nie tak mu powiedziano, że będzie. Przecież nie po to do Austrii jechał.
On wie lepiej – a naród się serdecznie śmieje.
Irlandia
-odrzuciła w referendum ratyfikację Traktatu Lizbońskiego.
No i podniósł się jeden wielki krzyk. Jedni krzyczą, ze rozpacz, tragedia, dramat dla Unii Europejskiej. Inni wpadają w histeryczno-religijny ton bełkotliwych podziękowań za ocalenie Polski przed tym straszliwym gułagiem w jakim przyszłoby nam żyć, gdyby traktat przeszedł. Feeria chamstwa i głupoty na blogu Ernesta Skalskiego, tłumaczącemu jak dzieciom, cierpliwie, metodycznie ideę Unii Europejskiej – już tylko śmieszy i budzi politowanie.
http://obserwator.salon24.pl/79302,index.html
Nie zauważa się, że mamy do czynienia ze zwycięstwem wspaniałej, demokratycznej idei Unii Europejskiej, w której to, co nie spodoba się najmniejszej jej cząstce, nie może być uznane za obowiązujące wszystkich prawo.
Pomijam fakt, że po prostu nadal mamy to co mamy i jesteśmy tam, gdzie jesteśmy.
Pomijam fakt ile zyskujemy a ile tracimy na irlandzkim „nie”.
Istotne jest to, że procedura dogadywania się co do przyszłego kształtu wspólnego bytu, jakim ma być nasza wspólna Europa – rozpoczyna się od nowa.
I to właśnie jest fantastyczne w tej naszej odmiennej od niewielu lat rzeczywistości, że bierzemy w tym udział, że możemy o tym decydować, wpływać na wspólną przyszłość, że jesteśmy wolnym i suwerennym państwem współdecydującym o wspólnym losie.
Ograniczonym własną ciasnotą horyzontów skrajnym euroentuzjastom i skrajnym eurosceptykom - wpadającym w lamenty lub tony pompatyczno-bzdurnej satysfakcji , którzy wiedzą lepiej – mówię: ludzie, popatrzcie wokół siebie – naród się z was serdecznie śmieje.
Profesor Sadurski
- znakomita w pomyśle, formie i stylu recenzja książki Wildsteina.
http://wojciechsadurski.salon24.pl/79297,index.html
Komentarze pod tym tekstem przyprawiają o paroksyzmy serdecznego śmiechu.
Te napuszone pańcie gotowe przyłożyć torebeczką albo i parasolką w obronie swojego Bronusia – odnajdujące się doskonale z własnym gustem, inteligencją i wiedzą w czymś, co tak nieprzeparcie kojarzy się, odnajduje analogię z:
„Słońce zachodziło niespokojnie tego wieczora, śląc ostatnie spojrzenie swych promieni na stary bór litewski, który tonął cały w odblaskach mgły złocistej, silnej, wciągając w siebie jej bezmiar tęsknoty wprost dziewiczej”
Ta kpina ze stylu, parodia Mniszkówny – to pierwsze zdanie z „Na ustach grzechu” Magdaleny Samozwaniec.
Okazuje się, że to samo może stać się w oczach niektórych literaturą serio, mało, literaturą na miarę „Wesela”
Czytając komentarze rozpaczliwie poszukujących własnej inteligencji, własnej warstwy oświeconych, historii pisanej na własny użytek i z tą prawdziwą niemającej nic wspólnego – zabawnie czyni się spostrzeżenie, że komentatorzy wiedzą lepiej. I na nic głosy rozsądku paru mądrych ludzi – ci, którzy zapadli się w jakieś bajorko i jak stadko flamingów-czerwonaków w polskim ZOO – z dziobami zanurzonymi w tym samym szlamie, przeżuwają stale ten sam pokarm – nie są już w stanie unieść głów, ani tym bardziej zerwać się do lotu.
Oni wiedzą lepiej – a my się serdecznie śmiejemy.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)