Ano nic się w naszej polityce nie dzieje.
Nic takiego co byłoby czymś nadzwyczajnym, budzącym kontrowersje i emocje.
Rząd rządzi i radzi sobie całkiem dobrze. Opozycja, jak opozycja – krytykuje, stara się wykazywać swoją przydatność w polityce. Spory są tyleż typowe co jałowe i dotyczą „bieżączki”, czyli skutków zaszłych działań, które zresztą były do przewidzenia. Jak sytuacja w mediach a szczególnie w TVP, czy ustawienie prezydenta na właściwej pozycji, czyli wytrącenie mu z rąk możliwości destrukcji prac rządu. Jest więc prawie, prawie normalnie. Jak wszędzie na świecie.
Jedyni, którzy nie widzą owej normalności i sami się jej wymykają, kreując świat pełen wydarzeń - to dziennikarze. A raczej ludzie, których nazywamy dziennikarzami – bo pracują w mediach. Ich świat pełen faktów wyłącznie medialnych rozpala ich własne emocje, które przenoszą się na łowców owych faktów szukających w nich zapowiedzi przyszłych zdarzeń. Oczywiście korzystnie zbieżnych z ich preferencjami politycznymi.
I tu mamy przecudny świat konfabulacji, hipotez, fantasmagorii i ludzkich nadziei, w którym do wyboru do koloru, każdy znajduje coś dla siebie, coś, czemu można dać się pochłonąć.
Ale o ile można nie dziwić się entuzjastom, których zachowania w większości są przejawem ich marzeń i mają charakter życzeniowy – to zupełnie inaczej jest z dziennikarzami. Oni są racjonalni – bo ta ich racjonalność warunkowana jest po prostu kasą, Za każde napisane czy powiedziane słowo biorą przecież pieniądze.
Napisano już wiele o dziennikarzach „niezależnych”, których zależność bije po oczach, zwłaszcza zależność od decydentów od stołków. Od tych „autorskich” audycji, synekurek w przeróżnych programach, stanowisk w redakcjach i oczywiście słów pisanych i mówionych zgodnie z wolą i aktualnym zapotrzebowaniem owych panów, którzy trzymają w swoich rękach klucze do kasy.
A kasa, jak wiadomo, od zawsze rządzi ludzkimi czynami.
Rządzi gdy trzeba kogoś zniesławić, podstawić nogę, spotwarzyć i odwrotnie, gdy trzeba komuś się podlizać, wywyższyć, słowem dać… Czyli zrobić z siebie szmatę.
W razie wpadki szytej zbyt grubymi nićmi – najwyżej się przeprosi publicznie. Przecież takie przeproszenie dokonane w porę, zanim sąd nakaże – niewiele kosztuje. I plamy na dziennikarskim honorze nie zostawia.
To takie ludzkie – każdy ma rodzinę, swoje życie, swoje sprawy i potrzeby – więc musi myśleć do przodu. Musi rozważać co mu się opłaci i co będzie dla niego korzystne. Na już, na teraz. Na najbliższe kilka lat czy chociażby tylko kilka miesięcy.
Interes. Nic osobistego.
Oto co decyduje, czy nasi „niezależni” pluną komuś w twarz znienacka, czy podadzą jako fakty zwyczajne kłamstwa, czy dokonają tendencyjnej oceny przywołując plotki lub spróbują przylepić do kogoś łajno z nadzieją, że udało im się w tym względzie zaspokoić oczekiwania ich mocodawców.
Życie w świecie faktów medialnych powoduje, że nie jest ważne to, co jest ważne – ale ważny jest ten wypreparowany ze świata nas wszystkich światek zależności, w którym kto jest kim, z kim gra i czyim jest człowiekiem odgrywa rolę najważniejszą.
Jakże to wszystko jest czytelne – jak kiczowata powieść z „życia wyższych sfer”.
Jak widać te nadzieje, kryzysy, załamania, i znów radość, że jednak „moi” górą; te buńczuczne teksty i ostre traktowanie przeciwników i nagłe zamilknięcia; zajęcie się tematami pozornie „obiektywnymi”; i znów „jestem górą” by po chwili kajać się i delikatnie sugerować niszczonym dotychczas przeciwnikom politycznym, że „ja tak tylko dlatego, że staram się być obiektywnym i równo rozdzielam krytykę”, oczywiście do chwili, gdy nowa nadzieja w nich nie wstąpi, bo usłyszą nowe „przecieki z góry”, że jest szansa, że jednak X jest mocny, więc można mu się przypodobać i zasłużyć sobie na „plusa” na krótkiej czy długiej liście.
Zwłaszcza na dziennikarskich blogach szczególnie ostro zaznaczają się owe fluktuacje nastrojów, koniunkturalizm, owa troska o siebie. Za wyjątkiem kilku zaledwie „niezależnych”, którzy nawet nie próbują udawać niezależności – bo wiedzą, że i tak w nią nikt nie uwierzy, jako, ze przekroczyli już dawno granicę przyzwoitości – reszta o tę granicę ociera się a raczej na niej balansuje raz wychylając się w jedną raz w drugą stronę – jak strzałka barometru, który pozwala nam odczytywać ich nastroje.
Są też tacy, których „niezależność” ewidentnie została sponiewierana przez ich własnych pryncypałów i po przywołaniu do porządku, starają się „naprawić” popełnione błędy, czyli świadomie i z premedytacją czynią świństwa w nadziei, że zostaną im wybaczone owe chwile słabości , że się znów zasłużą, że nie znikną z ich kont regularne przelewy.
Nazwiska? A po co?
Każdy kto zauważa, że fakty medialne sobie a życie sobie – rozpoznaje te nazwiska bezbłędnie. Widać kto dostał fuchę, a kto ja stracił. Kto jest dobrze notowany a czyje akcje spadają. Kto ma szanse na awans, a kto, żeby nie wiedzieć jak się starał, wyżej nie podskoczy.
Istotne jest to, ze w tym światku kipi. Kipią emocje. Wydarzenia gonią wydarzenia, Niusy, wywiady, ściąganie do programów „odpowiednich’ ludzi, którym da się wypowiedzieć i takich, którym wypowiedzieć się nie da, stawanie się stroną w dyskusji politycznej, nierzetelność i zwyczajne chamstwo, walka o swoich i niszczenie konkurentów. Dążenie by mieć te swoje pięć minut, by zabłysnąć, by zapamiętali…
A w polityce nic się nie dzieje.
Życie toczy się normalnie.
No, prawie, prawie normalnie – bo przeczytałam uwagę niejakiej Pyzol, która proponuje leczenie cholery trądem. Ni mniej ni więcej, tylko z powodu, ze Kaczyński wsadził nam na łeb brudną koalicję i wpakował setki Farfałów do instytucji państwa – to w ramach pomysłów na uzdrawianie TVP i pozbycie się Farfała , ta ekspertka od polskiej polityki nawołuje do …..popierania Kaczyńskiego bo tylko on może uzdrowić TVP!
/I tu moje potężne parsknięcie śmiechem!/
Tak, tak, Czytałam na własne oczy!
Uwierzcie, że można tak myśleć a nawet napisać!
No i stąd to: prawie, prawie normalnie….
A poza tym o świcie za oknem śpiewa „mój” kos – WIOSNA!


Komentarze
Pokaż komentarze (74)