Szlag mnie trafia, gdy widzę, jak na dłoni perfidną grę zmierzającą ku przyszłości i mającą na celu zabezpieczenie interesów konkretnych ludzi o bardzo niejasnej przeszłości.
Szlag mnie trafia, gdy do tej gry użyty jest IPN i zatrudnieni w nim historycy, którzy obecnie zbliżają się do finalizacji zleconych im znacznie wcześniej prac, będących drobniutkimi ogniwami starannie przemyślanego łańcuszka zdarzeń.
O co chodzi?
Powiem wprost – chodzi o to, by wtedy gdy otwarte zostaną w końcu wszystkie archiwa IPN i gdy do ludzi dotrze prawda, że X, że Y, że Z byli współpracownikami UB a później SB – prawda ta nie zrobiła na nikim wrażenia. By wręcz została zlekceważona i uznana za niewartą by się nią zajmować. By obnażane obecnie pół i ćwierć prawdy „naukowców” z IPN, stanowiące jedno wielkie kłamstwo – skutecznie zdezawuowały wartość prawdy. By ludziom wszystko się poplątało a znaczenie tajnego i ŚWIADOMEGO współpracownika zrównać z „kontaktem operacyjnym”, czy wręcz z „nierejestrowanym współpracownikiem SB”., który może nie mieć wiedzy”, że owym współpracownikiem kiedykolwiek był.
Te ostatnie, całkowicie kuriozalne określenia zawierają w sobie wszystkie możliwe kalumnie, wszystkie możliwe oskarżenia i dyskredytacje przed którymi obrona jest całkowicie niemożliwa.
Jak ma się bronić ksiądz Henryk Jankowski? No jak? Zaprzeczając?
Ohyda uderzania w Kościół Katolicki, .ponieważ tak się składa ( i jest to polityka celowa) że głównych winowajców ulegających kuszeniu przez służby bezpieczeństwa PRL- poszukuje się wśród ludzi Kościoła, do czego przyczyniają się zresztą naiwni „pożyteczni idioci”, ma swój dodatkowy wymiar. Jest nim powaga i autorytet oskarżanych ludzi, celowo wymieszanych prawdziwych donosicieli z tymi, którzy „ nie mieli wiedzy”, że donosicielami zostaną nazwani pod koniec swego życia, gdy schorowani i starzy nawet nie będą mogli się bronić przed absurdalnością owych zarzutów.
Tak, chodzi o to by stworzyć powszechne przekonanie, że służbom PRL ulegały wszystkie autorytety, nawet te największe. Chodzi o to by Polak już nie wiedział czy to prawda czy nie, by wszystko mu się pomieszało, by dowolnie, na swój prywatny rachunek, bez wsparcia w rzetelności historycznej oceniał co jest prawdą a co nie.
Dlatego począwszy od Wałęsy, poprzez nazwiska biskupów, ludzi nauki mających światowej klasy osiągnięcia i próbę skompromitowania samego Ojca Świętego, która na szczęście się nie powiodła i skończyło się wtedy na ojcu Hejmo – trwa nieprzerwana od wielu lat akcja, tocząca się rytmem eskalowanej zadaniowości, być może „bez wiedzy i świadomości”wykonujących owe kwerendy, analizy i tworzących w oparciu o nie niedokładne, nierzetelne, nie do końca sprawdzone publikacje.
Im więcej autorytetów, im więcej ludzi uczciwych, im więcej poświęcających swoje życie walce z komuną, umiejętnie poruszających się w tamtym, minionym świecie ludzi, którzy pełni pasji i dobra ponosili osobiste ryzyko i tego ryzyka straszliwe konsekwencje – zostanie oplutych, sponiewieranych, spotwarzonych – tym lepiej dla tych, których nazwiska jeszcze nie padły.
To nie jest żadna próba podważania autorytetów w celu zmieniania historii Polski.
Odwrotnie – to próba zmieniania historii Polski po to, by podważyć autorytety i nadać im piętno hańbiącej współpracy z UB i SB.
To sposób ratowania własnego tyłka i dbanie o własny, czysto osobisty interes tych, którzy uczynili tak wiele by archiwa IPN przed Polakami zamknąć i nawet wewnątrz tych archiwów starannie poukrywać to, czego ukrycie uznali za konieczne.
To świadome i celowe mieszanie ludziom, zwłaszcza młodym, w głowach.
Bo wtedy, gdy padną te starannie dotąd ukrywane nazwiska – już nikogo nie zatka ze zdumienia, nie straci oddechu, nie odwróci się od tych nazwisk, tylko machnie lekceważąco ręką i powie: „Panie, a kto ich tam wie, czy to prawda?”
I o to chodzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (72)