Jej ciałko, wychudłe gwałtownie, zaledwie w ciągu trzech dni, nie pozostawia żadnych złudzeń. To stan, z którego nie ma powrotu.
Nikt nie wie, co jej jest.
Wyrwana kiedyś już raz śmierci, wyleczona, zawsze była malutka i delikatna. Ale kochała jeść. Nawet wczoraj jeszcze jadła sama. Dzisiaj już tylko pije podawane strzykawką ciepłe mleko z roztrzepanym żółtkiem i wodę. A i to niechętnie.
Milusia umiera tak, by nie sprawić nikomu kłopotu.
Po prostu znika. Słabnie, zasypia…
Nie cierpi, nie ma bólów, nie walczy…
Odchodzi cichutko mrucząc, gdy głaszczę jej zmierzwioną nagle sierść i przekładam na drugi boczek, by dać odetchnąć drobniutkim kosteczkom, okrytym jedynie już samą skórką.
Sen, w który zapada jest głęboki. Bardzo głęboki.
To dobrze.
Wiem, że jeśli teraz jeszcze się budzi, gdy jej dotykam, w którymś momencie już nie otworzy swoich wielkich, pięknych oczu i moja ręka położona na niej nie wyczuje bicia serduszka, które, gdy piszę te słowa, wciąż bije regularnie i mocno. Gdy do niej mówię, staram się by mój głos brzmiał, ja zawsze, jakbym zachęcała ją do zabawy, lub pieszczot, bo nic więcej nie mogę jej dać.
Nic więcej…nic więcej…
Zawinięty w ręczniki, na miękkich poduszkach, umiera mały, bury okruszek mojego życia.


Komentarze
Pokaż komentarze (132)