Dywan, jak dywan. Dwukolorowy, ciemny brąz z naturalnym beżem. Skromny, klasyczny wzór. Odkurzony i wyczyszczony dobrze się prezentuje.
Do wczoraj leżał na podłodze za ścianą. W mieszkaniu, w którym była cisza. Nigdy nie widziałam jego lokatorki. Mówiono, że wyjechała, ze choruje i jest u syna.
Musiała być drobną kobietką o dobrym guście, bo kiedy chętni przetrząsali ogromne worki z jej ubraniami – ich wygląd i rozmiar budziły wzruszenie dla jakiejś takiej nieporadnej dziewczęcości, kruchości, delikatności a zarazem starannej, wykwintnej elegancji.
Z zaniedbanego balkonu obok, obrośniętego dzikim winem, usunięto jakieś szafki, klimatyzator, który, jak długo tu mieszkam nigdy nie był używany. Mnie przypadły w drodze prostego pytania: może się pani przydadzą, skrzynki na kwiaty a potem mały stolik, jedno zwyczajne, drewniane krzesło i ten dywan.
Złomiarze zabrali starą pralkę „Franię”, mnóstwo garnków, jakieś typowe przy opróżnianiu mieszkań graty, których przeznaczenia nikt już nie pozna. Na śmietniku w kartonach leżały robione na drutach i szydełku wełniane narzuty, obrusy, pościel, talerze, drobiazgi kuchenne, jakieś flakoniki, kosmetyki, nawet łóżko polowe i ustawione przez kogoś w rządku buty. Dużo butów. Niezniszczone, czyste, na średnim obcasie, stały w karnym szeregu, w suchym miejscu pod balkonami, jakby nie miały odwagi wyjść na padający kawałek dalej deszcz.
Stały tak, ale już ich nie ma – śmieciarki zabrały wszystko, czego wcześniej nie zabrali ludzie.To były bardzo porządne rzeczy.
Meble i resztę w kartonach zabrała rodzina.
I znów za ścianą jest cisza.
I tylko ten dywan, taki niepozorny, jakby bezradny, jak niezadane pytanie
1416
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (28)