Sędzia Igor Tuleya nie twierdzi, że pochodzi z „patriotycznej i katolickiej” rodziny. Nie podpiera swojej działalności opowiadaniem dyrdymałów o szlachetności swojej rodziny poczynając od pradziadka, który brał udział w Powstaniu Styczniowym, zapominając dodać, ze owszem brał, tyle po stronie rozwalających to powstanie wojsk carskich. Sędzia Tuleya, nie prezentuje publicznie własnej matki jako uczestniczki Powstania Warszawskiego, mimo że jej w Warszawie od wybuchu wojny aż do 1946 roku nie było, ani o swoim ojcu, którego powojenny romans z komuną przyniósł rodzinie korzyści i brak odpowiedzi na pytanie, jaki udział w tym miał Rosjanin, NKWDysta Wilhelm Świątkowski, szef stalinowskiego Najwyższego Sądu Wojskowego, zwierzchnik wielu zbrodniarzy stalinowskich, w tym Romana Kryże.
Sędzia Igor Tuleya nie prowadzi działalności politycznej – jest sędzią i orzeka w sprawach przynależnych III władzy, władzy sądowniczej.
Cezary Gmyz grzebiąc w życiorysie sędziego i dogrzebując się matki – pracownicy MO i SB – wykonał jedynie swoje zadanie, pracując na rzecz człowieka, który z grzebania w życiorysach uczynił podstawę swojego istnienia politycznego – w myśl zasady, dajcie mi człowieka, paragraf się znajdzie – Jarosława Kaczyńskiego.
Że to metody jak za Stalina?
Że sędzia naraził się Kaczyńskiemu swoim uzasadnieniem wyroku, piętnującym metody działania rządu Kaczyńskiego, orzekając jako niezawisły SĄD? Że skierował do Prokuratury i CBA zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstw i wnioski o zbadanie czy funkcjonariusze tych służb publicznych nie przekroczyli swoich uprawnień ( na co szefowie tych służb MUSZĄ sądowi odpowiedzieć w terminie dwóch tygodni)
I co z tego?
Nie mam pretensji do Gmyza o ujawnienie tych faktów – ale o całą insynuacyjną otoczkę tych faktów. Tu Gmyz przestaje być dziennikarzem i staje się funkcjonariuszem partyjnym PiS.
Janina Jankowska potępia Tomasza Lisa, który z kolei potępia dokonywanie oceny działań człowieka poprzez ocenę jego rodziny. Jankowska broni zarówno samego Gmyza, wciskając kit o jego niezależności dziennikarskiej, jakby możliwe było, że ktokolwiek w taką bajkę uwierzy – ale także broni samej zasady grzebania w życiorysach osób publicznych, pisząc:
„Jednak, ciekawe jest , w jakiej atmosferze dojrzewał bohater głośnych zdarzeń, kiedy budował swój system wartości? Jakich dokonywał wyborów? To obraz naszej historii i rys do portretu człowieka”
I ja się z Janiną Jankowską zgadzam. Bo to nie tylko jest interesujące, to jest ważne dla transparentności postaw politycznych, by wiedzieć, na ile o tych postawach decyduje szczerość poglądów i ich zakorzenienie w rodowodzie, a na ile są one wynikiem koniunkturalizmu i fałszu, na których można doskonale zarobić.
Zatem nie będzie niczym niestosownym, jeśli Gmyz, lub ktokolwiek inny, opisze komunistów z czasów stalinowskich, rodziców Bronisław Wildsteina, PZPRowską przeszłość ojców Przemysława Gosiewskiego i Zbigniewa Ziobro, dziadka, oficera SB, Sławomira Cenckiewicza, czy historię komunistki, posłanki na komunistyczny, stalinowski sejm, matki „syna” Ludowego Wojska Polskiego Jana Pietrzaka, no i przede wszystkim powiązania komunistyczne rodziny Kaczyńskich, wraz z wprowadzeniem do tej rodziny syna SBka, męża córki Lecha Kaczyńskiego.
Wszystkie te postaci są przecież „bohaterami głośnych zdarzeń”, jak to określa Jankowska i warto wiedzieć, w jakiej atmosferze dojrzewali, kiedy budowali swój system wartości i jakich dokonywali wyborów.
Tak, to jest obraz naszej historii i rys do portretu człowieka. Tak, to jest ciekawe.
Jakiś czas temu pisałam w tekście „Grzebcie politykom w życiorysach”
„Tak, tak , wiem, ze nikt nie jest winien, że miał wujka NKWDystę czy mamusię i tatusia komunistów oddanych stalinowskiej władzy.
Ale jeśli sam przedstawia swoje pochodzenie kłamiąc o wychowaniu w patriotycznej i katolickiej rodzinie, świadomie oszukując ludzi, zaś innym wytyka pochodzenie i grzechy przodków – to sygnał, ze kłamstwo trzeba zdemaskować.
Jeśli ktoś fałszuje własny życiorys siebie przedstawiając jako człowieka szlachetnego, a innym oszczerczo wmawia czyny niegodne – to sygnał, ze kłamstwo trzeba zdemaskować.
A więc demaskujmy, bo przez lata byliśmy okłamywani przez ludzi niegodnych, a kłamstwo tak wielu wryto w pamięć, że stało się dla nich prawdą.”
I jeszcze jedno: konsekwencje. Jakie mają być konsekwencje wiedzy nabywanej z tego grzebania w życiorysach? Jak należy reagować na ludzi tworzących własne, zafałszowane i upiększane wersje życiorysów a przede wszystkim na tych, którzy znając prawdę, z całą świadomością wspierają kłamstwo swoich szefów, towarzyszy partyjnych, czy liderów środowiskowych, licząc na profity polityczne lub finansowe?
Dobrym rozwiązaniem jest postawa profesora Ireneusza Krzemińskiego stawiającego warunek wystąpienia w programie Moniki Olejnik, warunek sprowadzający się do: „Nigdy więcej rozmów z ludźmi o marnej reputacji”.


Komentarze
Pokaż komentarze (127)