Rafał Grupiński szef parlamentarnego klubu Platformy Obywatelskiej pisze: „Nie mam wątpliwości, że o losach Jarosława Gowina zdecyduje nie tylko zachowanie podczas sejmowych głosowań w sprawie związków partnerskich. Chodzi też o pracę w rządzie - przekonywałem. Premier musi zważyć, które elementy przeważają, sam musi oceniać swoich współpracowników, bo przecież sam się zdecydował ich powołać. Chodzi o odpowiedzialność Prezesa Rady Ministrów za działalność rządu. I nasze cenzurki nie zwolnią premiera od odpowiedzialności i decyzji – podsumowałem.”
No i jest to wypowiedź z rodzaju będzie tak albo inaczej.
Oczywiste jest, że to na Donalda Tuska spada odpowiedzialność za pogodzenie dwóch pozornie niesprzecznych organizmów: partii którą kieruje Donald Tusk i rządu, którym kieruje premier Donald Tusk.
Sprzeczność powstaje w momencie mianowania ministrów. I jest to sprzeczność, której istnienie wydaje się nieco absurdalne, ale bynajmniej absurdalne nie jest.
Chodzi o cele i interes grup wspierających lokalnych liderów i naturalną w każdej partii walkę o wysforowanie się do przednich rzędów. Stanowisko rządowe kogoś z grupy znakomicie umacnia krąg zainteresowanych taką walką, stwarzając nadzieję na dalsze osobiste sukcesy.
Posłużę się przykładem Krakowa.
Kiedy liderem krakowskiej PO był konserwatysta Jan Rokita w środowisku krakowskiej PO istniał mocny odłam, nazwijmy ich „uniowolnościowcami”, ludzi przybyłych z Unii Wolności o poglądach dość liberalnych, tworzących PO zanim Rokita z ludźmi SKL do niej wstąpili. Konflikt wewnętrzny był zatem nieunikniony. Tyle, że liczebnie grupa konserwatystów przeważała. Zatem pozycja Jana Rokity mimo jego konfliktu z częścią krakowskiej PO, podważania jego pozycji, interwencji ówczesnego sekretarza generalnego PO Grzegorza Schetyny, czy zaskakującego konfliktu z Donaldem Tuskiem – była wciąż dostatecznie mocna.
Pytanie, którego w tym czasie nikt sobie w krakowskiej PO nie zadawał – brzmiało na ile krakowska PO może wspierać ambicje polityczne swojego szefa Donalda Tuska a na ile próbować narzucać Tuskowi i ówczesnemu kierownictwu PO własne.
To brak tego pytania zadecydował o klęsce Jana Rokity.
Nic innego nie miało na to większego wpływu.
A z kolei Rokita stał się swoistym zakładnikiem lokalnych konserwatystów i ciążąca na nim presja doprowadzenia krakowskiej PO do sukcesu „Premiera z Krakowa” oznaczająca nie tylko stanowiska rządowe ale przede wszystkim wzrost znaczenia ludzi z jego kręgu – ustawiły go na przegranej pozycji.
To Rokita zawiódł. I Tuska i... to jest najważniejsze: własnych ludzi, których ambicje w większości przerastały ich możliwości. Zawiódł też siebie i to najbardziej – ale to temat na inne opowiadanie.
Rokita popadł w niebyt polityczny – ale konserwatyści szybko znaleźli zastępcę, którego walory, charakter, poglądy, pozycja, prezencja i w ogóle wszystko wydawało się być Rokitą II. Nie przypominam sobie by Jarosław Gowin tak szybko wykreowany na lokalnego lidera, zwłaszcza wobec całkowitej rozsypki „starej” grupy uniowolnościowców w jakiejkolwiek swojej wypowiedzi wyciągnął wnioski z klęski Rokity. Natomiast znając wewnętrzne stosunki w krakowskiej PO – zauważyłam że jak szybko zapomniano o Rokicie, nie bez pewnej satysfakcji przejawianej w określeniu „bij mistrza”, tak szybko Gowin stał się takim samym zakładnikiem konserwatystów, dla których miał się stać, nie bez ich mocnego wsparcia,. spiritus movens ich własnego sukcesu.
I najwidoczniej był a może i jest nadal z takiego obrotu spraw zadowolony.
I to jest jego błąd.
Błąd, który postawił w trudnej sytuacji Donalda Tuska. Bo jeśli Donald Tusk wspiera działania ministra Gowina, to z pewnością nie może wspierać budowy frakcji politycznej we własnej partii. Dobro rządu i troska o jego wizerunek kontra dobro partii i troska o jej jedność.
Jak pogodzić obie sprawy?
Wracając do wypowiedzi Rafała Grupińskiego: na dwoje babka wróżyła.
Ano na dwoje. Bo nie wiemy czy Donald Tusk jako szef partii poświęci dobrego ministra w rządzie premiera Tuska, ułatwiając mu zajęcie się tworzeniem nowej prawicy. Czy też właśnie rozczarował się co do możliwości Jarosława Gowina, co w obu przypadkach oznacza, że Gowin w rządzie Tuska stał się zbędny.
Ale może też być inaczej – zważywszy na fakt, że delegatów na zjazdy lokalne wybierano dotąd przy dużym wpływie na owe wybory Grzegorza Schetyny – to przewidywana zmiana statutu partii pozwalająca na wybory szefa partii w drodze głosowania wszystkich jej członków – wsparcie krakowskich konserwatystów wciąż dość licznych, może mieć zasadniczy wpływ na decyzję Donalda Tuska i Jarosław Gowin może okazać się człowiekiem na tyle równoważącym skrzydło liberalne w PO, w całej, nie tylko krakowskiej PO, że poniedziałkowa SZCZERA rozmowa utrwali jedynie status quo.
Snując tak sobie te rozważania uśmiecham się sama do siebie. Bo w gruncie rzeczy jest całkowicie obojętne, jak premier Tuska zachowa się wobec szefa PO Tuska. Każda jego decyzja, każda stawia go na pozycji wygranej.
Wystarczy tylko spojrzeć na cała sprawę z perspektywy Jarosława Gowina. Bo co? Pójdzie pchać te nie całkiem zamknięte przed nim drzwi do niepoważnej partii, w której on, RZECZYWISTY MINISTER PRAWDZIWEGO RZĄDU miałby zdać się na łaskę kabaretowego wodza partii miernot z PZProwskim rodowodem, wyznaczającego kabaretowych „technicznych premierów?
Żarty na bok!
No chyba, ze zechce powtórzyć wariant Rokity – bardziej nawet Nelly niż Jana.


Komentarze
Pokaż komentarze (109)