Gorące tematy:

0 obserwujących
60 notek
52k odsłony
582 odsłony

Romney a sprawa polska

Wykop Skomentuj6

Wizyta Mitta Romney’a w Polsce skłania do namysłu nad kilkoma kwestiami związanymi z potencjalną wygraną kandydata Republikanów w wyborach prezydenckich oraz jej politycznymi implikacjami dla Polski. Nie jest tajemnicą, że część polskiej opozycji liczy, że wygrana Romney’a wpłynie na relacje polsko-rosyjskie. Zasadnym jest więc pytanie, czy wyborcze zwycięstwo republikanina może faktycznie mieć znaczący wpływ na nasze relacje z Moskwą.  W niniejszym tekście chciałbym zasugerować kilka uwag, które wydają się konieczne aby trzeźwo ocenić całokształt poruszanego zagadnienia - pisze ekspert ds. amerykańskich Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej.

Idea polskiego „lotniskowca”

W różnych analizach, wypowiedziach czy tekstach traktujących o stosunkach polsko-amerykańskich postulowany bywa model relacji dwustronnych, w których Polska miałaby odgrywać rolę geopolitycznego „lotniskowca” Stanów Zjednoczonych w  Europie Środkowo-Wschodniej, stanowiąc tym samym amerykański bufor pomiędzy Rosją a Niemcami.  Bardzo rzadko jednak, jeśli w ogóle, omawia sie niezbędne polityczne warunki, które musiałyby zaistnieć aby pożądany model się urzeczywistnił.  Wydaje się, że dyskusja na ten temat pozostanie jałowa, dopóki nie doprowadzi się do powstania dwóch koniecznych filarów silnej polityki atlantyckiej.

Po pierwsze, aby skutecznie wpływać na debatę o kierunkach i priorytetach w polityce zagranicznej USA, kształtować ją w przychylnym dla Polski kierunku ze skutkami długotrwałymi, należy dysponować doskonale zorganizowanym lobby w samym Waszyngtonie. Czy Polska obecnie dysponuje takim lobby? Śmiem twierdzić, że nie. Najbardziej reprezentatywna polonijna organizacja w Ameryce, Kongres Polonii Amerykańskiej, nie spełnia wymogów skutecznej siły nacisku politycznego, gdy ją porównamy np. z takimi potężnymi grupami wpływu jak proizraelski AIPAC. To z kolei sprawia, że politycy amerykańscy nie czują sie zobowiązani do liczenia się z polskimi postulatami. W książce „Not Whether, But When: The U.S. Decision to Enlarge NATO” autor James L. Goldgeier  cytuje słowa doradcy byłego prezydenta Billa Clintona, Dicka Morrisa, który swego czasu powiedział:  „Ani ja ani prezydent nie wierzyliśmy kiedykolwiek, że istnieje coś takiego jak polski elektorat”. Słowa niby banalne w treści, ale boleśnie prawdziwe.  Dopóki Polska nie będzie dysponowała politycznym „watch-dogiem” w Waszyngtonie (nie chodzi w tym wypadku o typowe agendy naszego MSZ), dopóty nasze postulaty nie będą miały realnej siły przebicia.

Inicjatywa takiego czy innego senatora lub kongresmena, który od czasu do czasu wypowie ciepłe słowa o Polsce (np. postawa Johna McCaina wobec śledztwa smoleńskiego) nie może zastąpić skutecznego i systematycznego lobbingu ze strony Polaków mieszkających w USA. Przykład licznych etnicznych grup lobbingowych wyraźnie wskazuje, że polityka zagraniczna państwa zainteresowanego realnym wpływaniem na decyzje amerykańskiej elity politycznej, jeśli nie posiada silnego zaplecza obywatelskiego w Waszyngtonie, ma ograniczone pole manewru. Jeśli polityka atlantycka jest dla niektórych programowym priorytetem, nie można skupiać się tylko i wyłącznie na proklamowaniu dobrych chęci, ale należy uruchomić odpowiednie instrumenty nacisku, które będą stale uzupełniały kanały oficjalnej dyplomacji.

Po drugie, warto pamiętać o sprawie znów niby banalnej, ale brzemiennej w skutkach, a mianowicie, że co cztery lata w USA odbywają się wybory prezydenckie. Administracyjnym zmianom często towarzyszą zmiany w polityce zagranicznej. Sprawa tarczy antyrakietowej jest tutaj najlepszym przykładem.  Jak się okazało, podpisanie umowy w tej sprawie pomiędzy Warszawą a Waszyngtonem w lecie 2008 r., miało wymiar raczej symboliczny, gdyż jak wiadomo Barack Obama wycofał się z planów instalacji wyrzutni antyrakiet w Polsce. Krótkowzroczność polskich polityków wynikała z tego, iż jakby kompletnie zignorowali fakt, że kandydat Obama bardzo jasno artykułował swoje wątpliwości w tej kwestii. Należało więc już wtedy mieć przysłowiowy „plan B” na wypadek anulowania umowy przez nową administrację. Niestety, dążenie do mocnego eksponowania antyrosyjskiego kursu, w kontekście konfliktu w Gruzji, było wówczas priorytetem. Gdy jednak w 2009 było już jasnym, że pierwotna koncepcja tarczy, firmowana przez administrację George W. Busha, uległa radykalnym przemianom, polscy zwolennicy twardego kursu proamerykańskiego wyrażali najwyższe zdziwienie i nawet oburzenie.

Stąd wniosek, że jeśli Polska ma oprzeć swoją politykę zagraniczną na bliskim sojuszu z USA, koniecznym jest perspektywa długofalowa – taka, która dzięki solidnym politycznym, militarnym czy gospodarczym gwarancjom nie będzie podatna na łatwe rewizje i zmiany ze strony kolejnego, nowo wybranego gospodarza Białego Domu. Polityka izraelska  Waszyngtonu, realizowana niemalże z żelazną konsekwencją i systematycznością od ponad 40 lat, jest tego najlepszym dowodem, gdyż zależności w sferach polityki, wojskowości czy gospodarki są tak ugruntowane, że nikt w Waszyngtonie poważnie nie myśli o naruszeniu jej obecnego statusu.  Brakuje nam tej politycznej polisy ubezpieczeniowej w formie licznych gwarancji i koncesji.

Wykop Skomentuj6
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale