34 obserwujących
128 notek
141k odsłon
1475 odsłon

Zmierzch rozumu

Wykop Skomentuj36

Z lekkim zdziwieniem odkryłem, że dzieło Stevena Pinkera „Tabula rasa. Spory o naturę ludzką” jest rekomendowane jako podręcznik akademicki. Z obserwacji wynika, że większość studiujących na uniwersytetach miałaby problem już na etapie zrozumienia treści okładki, o zawartości nie wspominając. W czasach, kiedy na uniwersyteckich "gender studies", poważni profesorowie przekazują teorie o równości 72 płci, praca Pinkera nie ma większych szans na dotarcie do świadomości cofniętych w rozwoju neomarksistowskich troglodytów.
Autor pokazuje obecny stan wiedzy na temat natury człowieka omawiając dwie najważniejsze teorie rywalizujące z sobą; popularną na lewicy teorię mózgu jako niezapisanej tablicy (tabula rasa), którą w toku życia człowieka można dowolnie zapisywać, oraz teorię lansowaną na prawicy, mówiącą o wrodzonych predyspozycjach człowieka „zapisanych” od początku w jego mózgu, determinujących jego dalszą karierę życiową.
Nie zamierzam omawiać historii badań i implikacji wynikających z obu teorii, bo jest to w książce, lecz skupię się na kwestiach, które z mojego punktu widzenia są istotne dla współczesnego sporu.
Z teorii „tabula rasa” wynika, że mózg człowieka jest czystą tablicą, którą pod wpływem oddziaływań środowiskowych, kulturowych itp. można dowolnie zapisywać, czyli każdy z nas może zostać wybitnym pianistą, matematykiem, pilotem, mordercą, zbawcą ludzkości, dyktatorem itp. Według tej teorii społeczeństwa można kształtować dowolnie, jak masę plastyczną, ponieważ nie posiadają cech wrodzonych, lecz nabyte na skutek zewnętrznego oddziaływania. Nie istnieje zatem również podział na rasy różniące się cechami „wrodzonymi”. Wszyscy są równi.
Zwolennicy poglądu, iż rodzimy się z „niezapisanym” mózgiem i dopiero środowisko nas kształtuje wykluczają istnienie czynników wrodzonych i odziedziczonych. Są to behawioryści, czyli badacze, których celem jest przewidywanie i kontrola zachowania człowieka poprzez obserwację jego interakcji z otoczeniem. Behawioryści nie uwzględniają w swoich badaniach emocji wynikających z czynników wrodzonych, bo nie uznają istnienia tychże czynników.
(W środowiskach akademickich krąży taki dowcip:
Behawiorysta po stosunku seksualnym mówi do partnerki: „Tobie było dobrze. A jak mnie?”)
Z kolei z teorii „predyspozycji wrodzonych” wynika teza mówiąca o tym, że na skutek różnych czynników (genetycznych, pokoleniowych, geograficznych) każdy człowiek już od poczęcia ma swoją indywidualność, spowodowaną czymś w rodzaju wstępnego zapisu w mózgu. To powoduje, że jego przyszła kariera jest już na samym wstępie zdeterminowana jego pierwotnymi uwarunkowaniami.
Prosty przykład: na koncert Stinga, muzyka obdarzonego wrodzonymi zdolnościami muzycznymi, bilety zakupi 100 tys. fanów, a na koncert dajmy na to, Joanny Senyszyn, lewicowej działaczki obdarzonej silnym głosem, ale bez wrodzonego talentu muzycznego, tylko garstka jej zdesperowanych studentów. Sting wykorzystał „bazowy potencjał” drzemiący w mózgu, rozwinął go i stał się uzdolnionym muzycznie milionerem, a prof. Senyszym, no cóż… natura potraktowała ją trochę z przymrużeniem oka, a ona sama nie próbowała tego poprawić i jest kim jest.
Zauważmy przy okazji, że człowiek, który dostał „pierwotny dar” pozwalający mu rozwinąć zdolności artystyczne, niekoniecznie musi być analitykiem politycznym. Mimo to niektórym artystom wydaje się, że są specjalistami w każdej dziedzinie i codziennie dostarczają nam niezamierzonej przez siebie rozrywki. To tak na marginesie.
Teoria „predyspozycji wrodzonych” wyjaśnia także różnice występujące między rasami, polegające na przykład na tym, że wśród rasy białej jest więcej przedstawicieli nauk ścisłych, filozofów i malarzy, a czarni wykazują zdolności instrumentalno-wokalne. Od razu zaznaczę, że mowa jest o średniej, a nie o indywidualnych wyjątkach.
W toku badań naukowych wykazano, że obydwie teorie są w pewnym sensie równoważne: człowiek rodzi się już z genetycznie uwarunkowanymi predyspozycjami (koncentracja, muzyka, seks, instynkt zabijania, czynienia dobra, a nawet talent do finansów). Jednak nie musi to w 100% determinować jego wyborów życiowych i kariery, bo jest także prawdą, że wychowanie i kultura środowiska oddziałując na niego może go plastycznie ukształtować i rozwinąć talenty, które nie były „zapisane” w jego mózgu.
Uznanie ludzkiej natury przy równoczesnym uznaniu „plastyczności” umysłu, to miks obu teorii, który powinien zajmować należne mu miejsce w środowiskach naukowych.
Pojawia się jednak problem natury historyczno-politycznej: teorią „wrodzonego uwarunkowania” zawładnęli naziści i pod wodza Hitlera wymordowali 30 mln ludzi, a teorią „niezapisanej tablicy”-marksiści, którzy pod wodzą Lenina, Stalina, Mao Tse Tunga i Pol Pota wymordowali ponad 100 mln ludzi.
(Gwoli ścisłości wypada zaznaczyć, że Hitler zaadaptował na swój użytek pewne elementy z nauk Marksa. Chodzi tu głównie o „walkę ras” (u Marksa była „walka klas”). Jednak rozwijanie tego wątku zatarłoby główny przekaz).
Z jakiego powodu powojenni naukowcy uznali w swej masie, że nazizm był gorszy od bolszewizmu, tego nie wiem. Jednak skutkiem tego było wyeliminowanie teorii „wrodzonego uwarunkowania”, jako faszystowskiej i rasistowskiej i lansowanie teorii „tabula rasa”. która pozwoli ukształtować idealne społeczeństwo (multi-kulti itp.), bo „wszyscy ludzie w swej naturze są dobrzy i równi, nie ma różnic rasowych, płciowych itd.” (teoria "szlachetnego dzikusa"). Na pierwszy rzut oka widać, że jest to podejście utopijne, ale wojenna trauma mogła spowodować, że zostało odrzucone wszystko, co miało jakiś związek z nazizmem, poza małymi wyjątkami (Naziści odkryli np., że palenie powoduje raka, a Hitler lubił Wagnera. Mimo to naukowcy, na szczęście uznają, że palenie jest szkodliwe, a Wagner nie wypadł z panteonu wybitnych kompozytorów. Dobre i to.).
Efektem tego podejścia jest m.in. poprawność polityczna, która każe eliminować wszelkie poglądy, które mogą być uznane za rasistowskie i faszystowskie, nawet jak te poglądy stoją na solidnych podstawach naukowych stworzonych przez setki lat badań naukowych i rozważań filozoficznych. Obłęd zaszedł już tak daleko, że w świecie akademickim zapanował pewnego rodzaju terror: „nieprawomyślni” badacze są szybko i skutecznie eliminowani ze środowiska naukowego, czasem za pomocą przeinaczania ich teorii i przypisywania im w recenzjach nieprawdziwych lub wyrwanych z kontekstu cytatów. Przeciętny student ma nawet problem z przeczytaniem recenzji, więc nie możemy podejrzewać, że przeczyta pracę takiego „wyklętego” naukowca. Skutkuje to w skrócie tym, że studentom wtłaczany jest do głowy marksizm podlany sosem poprawności politycznej (w zasadzie wprost wyrastającej z marksizmu). Od wielu lat w środowiskach akademickich panuje marazm i zastój pielęgnowany przez „poprawnie politycznych” naukowców i tych, którzy nawet mając inne poglądy, boją się wychylać ze strachu przez utratą profitów i eliminacją ze środowiska.
Osobnym tematem jest kwestia nowej dziedziny „naukowej”, która lansowana jest na tzw. „gender studies”, opierającej się na twierdzeniach, które sami jej twórcy uznali za błędne. Nie dotarło to jednak do świadomości autorytetów naukowych, którzy z marsową miną nauczają o rzeczach, które u w miarę rozsądnego i oczytanego człowieka wywołują co najmniej uśmiech. Kompromitacja świata akademickiego nie ma już granic. Absolwenci gender studies (jest ich coraz więcej) mogą po ukończeniu takiego kierunku zostać komisarzami politycznymi w korpo lub wodzirejami na paradach/protestach LGBT. Przydatność społeczna wielce wątpliwa. Jest śmiesznie i strasznie.
Kwestią, której tu nie poruszyliśmy jest tak zwana „równość płci”. Mowa o płci żeńskiej i męskiej, bo nikt normalny nie przyjmuje do wiadomości istnienia większej ilości.
Mimo, iż badania dowiodły, że na skutek różnic w budowie mózgu i komunikacji między neuronowej, wrodzone zdolności kobiet i mężczyzn są różne, co powoduje, że kariery życiowe przedstawicieli obu płci są w dużym stopniu zdeterminowane już od poczęcia, „postępowe” umysły, wspomagane przez polityków i celebrytów (to ciekawa kategoria, zasługująca na obszerne opracowanie naukowe) lansują parytety i konieczność wyzwolenia kobiet z niewoli stereotypów stworzonych przez złych samców. Nic bardziej błędnego: kobiety w pewnych dziedzinach nie dorównują mężczyznom, ale w innych są niezastąpione. Wpajanie naszym dziewczynom, że mogą wszystko, tylko my je blokujemy, jest szkodliwe i może prowadzić do osobistych tragedii („lęk przed niedoskonałością").
Powstające na Netflixie i innych platformach seriale o kobietach super bohaterkach (ostatnio tylko czarnych), fizyczkach jądrowych, filozofkach i arcymistrzyniach szachowych, można postawić na półce w kategorii science-fiction. Oglądanie feministyczno- LGBT-owskiej papki, opartej na ciekawych scenariuszach, nic poza rozrywką do naszego życia nie wnosi, jedynie prawdopodobieństwo, że nasze mózgi do końca życia pozostaną niezapisaną tablicą lub zapisaną bazgrołami.
Czy jest możliwy powrót do rzetelnych badań naukowych, nie krepowanych więzami lewicowo-liberalnej cenzury i odwrót od inżynierii społecznej, które pod pozorem społeczeństwa idealnego, pragnie zafundować światu nowy, lewacki totalitaryzm?
Wydaje się, że raczej nie, bo zaszło to już za daleko, nie tylko w USA i Europie Zachodniej, ale także u nas, w Polsce. Poprawność polityczna przeniknęła już nie tylko świat akademicki i polityczny, lecz wszystkie dziedziny życia, z popkulturą włącznie.
Przed nami budowa „nowego, idealnego społeczeństwa”.
Niektórzy z nas to przeżyją, inni nie.

Wykop Skomentuj36
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo