Dziś Wlochy, wczoraj Irlandia, Grecja, Portugalia, Hiszpania, jutro...
Dla ratowania upadających państw strefy euro jest w kasie 480 mld., a na same Włochy potrzeba ok. 600 mld. Chyba już czas, aby Vincent Bez Pesela wkroczył do akcji i swoją kreatywną księgowością rozwiązał tę drobną niedogodność.
Brutalna prawda jest taka, że państwo, w którym gospodarka wolnorynkowa nie jest hamowana, państwo bez patologii, sprawnie zarzadzane, na kryzysie globalnym może zarobić i wyjść całkiem nieźle. Warunek jest jeden: rząd składający się z uczciwych i kreatywnych ministrów, z ciężko pracującym premierem.
Jaki mamy rząd, każdy wie. Nie będę się o nim rozpisywał, bo lubię pospać dłużej, niż do 6-tej am.
Wniosek: szansa na to, żeby wyjść z tej katastrofy bez kontuzji jest zerowa. Pracowały nad tym wszystkie rządy RP, nie tylko ten, ale obecny jest liderem bylejakości i niemocy (nie dotyczy to, oczywiście, poszczególnych urzędników, którzy dość sprawnie zarządzają portfelami swoimi i swoich bliskich).
To, że eurokołchoz w końcu pada, jest dobrą wiadomością. Zła jest taka, że idziemy na dno razem z nim. A zawdzięczamy to paru różowo-czerwonym cwaniakom i nakręconym euroidiotom, którzy z entuzjazmem przyjmują zdobycze lewackiej ideologii i wspólnie zmienili atrakcyjną, piękną Europę w starą, zużytą kurwę.
A nasze eurolemingi? Może ciężki kop w dupę ich obudzi. Chociaż tak do końca, to nie wiadomo - mózgi po medialnej lobotomii ciężko zrekonstruować. Żal tylko zmarnowanego potencjału milionów zdolnych ludzi, którzy dostali się pod władanie czerwono-różowej oligarchii i muszą uczestniczyć w tym ostatnim balu na Titanicu...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)