Zbigniew Ringer Zbigniew Ringer
224
BLOG

Prezydenci z wąsem

Zbigniew Ringer Zbigniew Ringer Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

Kiedy czytam o słowackich inwestorach, którzy przebierają nogami, aby polskim gminom górskim odebrać ich największe skarby, to wstępuje we mnie diabeł. I przegonił bym nawet nie tyle tych południowych sąsiadów, ile gospodarzy  polskich gmin w terenach podgórskich, między innymi Szczawnicy, Zawoi, Krynicy; Zakopane ma jeszcze jakieś opory, ale jak zobaczy dolary, na pewno także ulegnie.  Słowakom zaś chodzi głównie o obiekty turystyczne położone na tych terenach, przede wszystkim o kolejki linowe, krzesełkowe, szynowe i jakie one tam jeszcze są. To jak to - Słowacy na wyrost są przekonani, że na tym można mocno zarobić, a polscy gospodarze odpuszczają  duże pieniądze, choć przecież doskonale zdają sobie sprawę z tego, że największymi wartościami turystycznymi w Polsce, poza samymi górami, są właśnie te wszystkie linowe wagoniki na Kasprowy, szynowe na Gubałówkę. krzesełka na Skrzyczne i także na Kasprowy i na dziesiątki innych gór w całym południowym paśmie kraju?
    To już tak bardzo odpuszczamy Polske, że nasze narodowe dobra odstępujemy obcym?
  Po niedawnym wyjściu piechotą na Kasprowy, zjeżdżaliśmy wagonikiem do Kuźnic, i ta przyjemność kosztowała bodajże czterdzieści złotych, a więc wcale nie mało.  I co -  nawet tak zaporowa cena nie wystarcza, aby zachować kolejkę dla siebie, dla kraju? Najchętniej sprzedałbym dzisiejszy pałac prezydencki razem z zawartością, podobnie kancelarię premierowską  (zawartość do wzięcia jako próbka bez wartości), ale za żadną cenę nie powinniśmy sprzedawać rodowych polskich sreber.
   Kolejkę na Kasprowy Wierch zaczęto budować w roku bodaj trzydziestym piątym, w warunkach wyjątkowo ciężkiej tatrzańskiej zimy, nie było ani urządzeń technicznych, specjalistycznych maszyn, wszystko robili ludzie. Huculskie koniki wyciągały liny nośne na swoich grzbietach, górale dopomagali i raptem trwało to wszystko nie wiele ponad pół roku, kiedy kolejka ruszyła pełną parą do góry. Nie jestem pewien, ale kto wie, czy pierwszym pasażerem nie był pierwszy obywatel RP, prezydent Ignacy Mościcki. Pan także z wąsem, ale jakże dostojny to był pan w porównaniu z dzisiejszym wąsatym lokatorem pałacu.
   Okazuje się, że nie wystarczy sam tytuł, bowiem aparycja i sposób bycia są równie ważne, jak funkcja, sapiencja i światowe obycie. Aby nie zabierać kieliszka królowej, która jest tu gościem, nie siadać nim gość nie zasiądzie, nie zabierać parasola dla siebie, kiedy sąsiad moknie.  Na to wszystko ani nie jest potrzebny  tytuł magistra historii, ani prezydencka godność - potrzebna jest po prostu kindersztuba, którą zazwyczaj wynosi się z domu. Tak, ale jeżeli dom był przesiąknięty schizofreniczną doktryną i mówiło się jedynie o  ideach wówczas na czasie, czyli o bandyckim systemie i jak się w nim najlepiej ustawić - to potem prezydent mojego kraju pieprzy prezydentowi mocarstwa banialuki o bigosie i zdradzającej żonie, zamiast zająć się sprawami państwa. Tak, lecz by być prezydentem dużego kraju, trzeba nie tylko znać na wylot prawidła urzędu, mieć w jednym palcu wiedzę polityczną i wiedzę ogólną, ale potrzebny jest także ten błysk w oku, który w jednej sekundzie wybawi z największego ambarasu. Wałęsa miał prostactwo we krwi, ale jednocześnie miał ów błysk właśnie. Dzisiejszy lokator pałacu ma może refleks gajowego, ale to trochę za mało, aby być głową czterdziesto milionowego narodu. I ten naród, niestety, to odczuwa.
   A potem gangsterzy z Pruszkowa są uwalniani przez polskie sądy, bo one nie znajdują w oskarżonych winy. Ale te same sądy znalazły wine w chłopaku, który niestosownie - to fakt - wyraził się o prezydencie, choć to wszystko było w znacznej mierze prawdą. Skazywać młodego człowieka tylko za to, że wyraził swoją opinię odnośnie urzędnika państwowego, racja że nr 1 - ale co z tego?
   Tymczasem przed paroma dniami w krakowskim parku Jordana, gdzie swoisty panteon narodowy, odsłonięto popiersie Inki Siedzikówny. Osiemnastoletniej dziewczyny, sanitariuszki i działaczki konspiracyjnej w tajnej wileńskiej brygadzie Armii Krajowej. W roku czterdziestym szóstym została schwytana przez bandytów ubeckich i przez równie bandycki sąd została skazana na śmierć przez rozstrzelanie.  Pisałem już o tym, ale przypomnę, bo to warte zapamiętania: Inka stanęła przed plutonem egzekucyjnym, ale żaden z żołnierzy nie pociągnął za spurt. Zrobił to dowódca strzałem katyńskim. I jeszcze raz napiszę, bo rzecz warta odnotowania: sięgnijmy do akt z tamtego czasu, zajrzyjmy kto oskarżał, jacy sędziowie wydali wyrok, kto był egzekutorem strzału. I pokażmy te nazwiska, trzeba znać nie tylko tych głównych bierutów, rokossowskich i bermanów, ale także bezpośrednich wykonawców rozkazów. Bandytów w polskich mundurach, którzy nie tylko je splugawili, ale także okryli hańbą ówczesne polskie wojsko. Wiem, wojsko w swojej masie było uczciwe, ale byli haniebni dowódcy, na najwyższych stanowiskach sowieci.

Zapiski z Krakowa, ale nie tylko. Jest także o Polsce, o świecie, o przyrodzie, górach i o nartach. Pisane na gorąco, a wydawcą jest mój przyjaciel, Jacek Nowak.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura