w krainie erka
"wszędobylski propagator strachu, czyli (e)rka 1 a właściwie karawan diabła"
53 obserwujących
2166 notek
2089k odsłon
585 odsłon

kryzys nauki, koniec nauki..

Wykop Skomentuj19


Tekst autorstwa dr hab. Piotra Wasylczyka (FUW)

Do pamiętniczka.


https://wyborcza.pl/Jutronauci/7,165057,26338493,laser-i-rezonans-magnetyczny-byly-byc-moze-ostatnimi.html#weekend#S.W-K.C-B.2-L.1.duzy







Laser i rezonans magnetyczny były być może ostatnimi ważnymi wynalazkami służącymi ludzkości


Wokół dociekań Stasia Pytalskiego z wiersza Brzechwy urosły całe dziedziny nauki. A mimo to od roku 1980 nie pojawiła się żadna nowa grupa antybiotyków.

  

Koszt wykonania zdjęcia rentgenowskiego to kilka dolarów. Od zaobserwowania przez Roentgena w 1895 roku nieznanych promieni X do ich zastosowania w medycynie minął rok, a już w czasie I wojny światowej Maria Skłodowska-Curie instalowała aparaty rentgenowskie na samochodach w pobliżu linii frontu.

Badanie rezonansem magnetycznym (NMR) jest około 100 razy droższe, urządzenie kosztuje blisko milion dolarów, drugie tyle to koszt jego utrzymania. W tym przypadku od zrozumienia procesów fizycznych do komercyjnie dostępnych urządzeń minęło około trzech dekad. Biorąc pod uwagę mizerny postęp w nowych technikach obrazowania i ogrom środków, które zainwestowano w tej dziedzinie w ostatnich 20 latach, nie można wykluczyć, że dla kolejnej technologii diagnostyki obrazowej w medycynie (jeśli w ogóle się ona pojawi) koszty i czas potrzebny na wprowadzenie jej do gabinetu lekarskiego będą się skalować podobnie.

Co może oznaczać, że jedna procedura diagnostyczna („zdjęcie”) będzie kosztować np. 10 tysięcy dolarów i stać na nią będzie może garstkę obywateli.

Nusinersen, nowoczesny lek na rdzeniowy zanik mięśni (SMA) produkowany przez firmę Biogen z USA, kosztuje mniej więcej 90 tysięcy euro za dawkę. Wprowadzenie na rynek nowego trwa około 10 lat i kosztuje co najmniej miliard dolarów.

A jeśli pewnego dnia uda się wynaleźć szczepionkę np. zapobiegającą pewnym nowotworom, wystarczy nośna plotka w mediach społecznościowych, że szczepienie powoduje autyzm, by prawie nikt nie chciał jej stosować.

W raporcie WHO w 2017 roku zidentyfikowano listę priorytetowych patogenów, które stanowią zagrożenie dla zdrowia człowieka: prątki gruźlicy oraz 12 klas bakterii odpornych w różnym stopniu na dostępne antybiotyki. Wśród 50 antybiotyków będących obecnie w zaawansowanej fazie badań żaden nie oferuje znaczącego postępu. Od roku 1980 nie pojawiła się żadna nowa grupa antybiotyków – nowe leki są jedynie modyfikacjami znanych preparatów, co może skutkować (jak przewidują niektórzy – zupełnie niedługo) powstaniem całkowicie lekoopornych szczepów bakterii i powrotem do sytuacji, kiedy nawet drobne zakażenie będzie mogło mieć bardzo poważne skutki.


Sytuacja w tym sektorze badań pokazuje nieoczywiste sprzężenia między nauką, biznesem i polityką: firmy farmaceutyczne nie chcą wydawać pieniędzy na poszukiwanie nowych preparatów, bo w przypadku odkrycia superantybiotyku nie zostanie on dopuszczony do masowej sprzedaży – urzędy regulacyjne będą chciały zachować go jako „broń ostatniej szansy”.

Rząd Wielkiej Brytanii zaproponował, że będzie płacił firmom farmaceutycznym rekompensaty za ograniczenia w sprzedaży nowych antybiotyków, by zachęcić te firmy do prac.

Alchemicy XXI wieku

Przykładem porażki nauki – od badań, przez interpretację i komunikację wyników, po wpływ tych ostatnich na praktykę społeczną – są badania nad odżywianiem (nutrition studies). Skutkiem jest m.in. epidemia otyłości we wszystkich prawie społeczeństwach świata.

W Stanach Zjednoczonych blisko 40 proc. dorosłych i 20 proc. dzieci cierpi na otyłość, szybko rosną koszty leczenia związanych z tym chorób.

Piramida żywienia i podobne koncepcje zadomowiły się w kulturze masowej i choć wyniki badań, które dały początek ich powstaniu, są co najmniej dyskusyjne albo błędne, to są podstawą zaleceń żywieniowych wydawanych przez rządowe agendy w większości krajów (np. w Polce „Normy żywienia dla populacji Polski”, ostatni raz uaktualnione przez Instytut Żywności i Żywienia w 2017 roku).

Zalecenia żywieniowe zaczęły się ukazywać w latach 50. i 60. XX wieku w Stanach Zjednoczonych jako odpowiedź na gwałtowny wzrost śmiertelności spowodowanej chorobami serca po II wojnie światowej. Powtórne analizy wyników wielu przeprowadzonych w ciągu kolejnych dekad eksperymentów ujawniły dużo problematycznych praktyk.

Nierzadko wnioski, które z nich wyciągano, były nieuzasadnione i interpretowane w dość dowolny sposób, np. przez pomijanie wyników, które nie pasowały do przyjętych teorii, albo wręcz przez nieuwzględnianie wyników wieloletnich badań, które nie dawały spodziewanych przez badaczy rezultatów, np. nie wykazywały związku między spożyciem tłuszczów nasyconych a chorobami serca, jak tego oczekiwano.

Takie postępowanie w połączeniu z lobbingiem i naciskami stowarzyszeń producentów żywności (np. wołowiny) doprowadziło do powstania zaleceń żywieniowych, które są w wielu punktach rozbieżne ze współczesną wiedzą o fizjologii człowieka. Trafiły jednak do podręczników, z których uczą się przyszli lekarze, i do obiegu kultury masowej – „nie smaruj grubo masłem, bo będziesz miał zatkane cholesterolem tętnice” – i wpływają na decyzje żywieniowe podejmowane codziennie przez setki milionów ludzi na całym świecie.

Co więcej, okazało się, że zbadanie wpływu tej czy innej substancji na zdrowie i dobrostan człowieka jest właściwie niemożliwe. Nie mamy obecnie technologii, która pozwoliłaby np. przez rok w sposób ciągły monitorować, co je człowiek. W wielu badaniach klinicznych, w których ochotnicy mieli przestrzegać wyznaczonych diet, okazało się, że oszukują, przemycając do szpitali ulubione łakocie, zaś w badaniach opartych na ankietach świadomie lub nie badani zaniżają spożycie pewnych składników, które uważają za niezdrowe.

Jeśli dorzucimy agresywne lobby producentów żywności, które stosuje m.in. taktykę podstawiania swoich badaczy, by zaciemniać bądź rozwadniać wyniki badań, wydaje się obecnie niemożliwe coś tak podstawowego jak stwierdzenie, jaka jest optymalna dla zdrowego życia dieta (ani nawet czy w ogóle coś takiego istnieje).

Inny przykład to pedagogika – choć wiemy coraz więcej, jak przebiega umysłowy, emocjonalny i społeczny rozwój człowieka, szczególnie w pierwszych kilkunastu latach życia, jakie warunki należy stworzyć, by młodzi ludzie chętnie się uczyli i rozwijali swoje pasje, przeciętna szkoła wygląda dziś prawie jak przed stu laty i nie jest miejscem dostosowanym do tego, by wychodzili z niej odpowiedzialni, samodzielnie myślący i współczujący młodzi ludzie.

W tej kwestii zgadzają się naukowcy, nauczyciele, uczniowie i rodzice. Również znakomita większość uniwersyteckich wykładów wciąż polega na tym, iż „wiedzący” wygłasza (względnie odczytuje z pożółkłych notatek bądź, w wersji nowocześniejszej, ze slajdów wyświetlonych na ekranie) pewną liczbę zdań oznajmujących do „niewiedzących”, a następnie sprawdza, ile z owych zdań zdołali zapamiętać.

Jakie jest zatem znaczenie i wpływ na rzeczywistość setek tysięcy publikacji z pedagogiki i nauk o uczeniu produkowanych przez wydziały i instytuty badawcze na całym świecie? Czy aspekt poznawczy może istnieć w odosobnieniu od rzeczywistości, w której funkcjonują społeczeństwa łożące na utrzymanie naukowców?

Przykłady te pokazują, że pogłębianie wiedzy i poszerzanie horyzontów poznania nie odbywa się w próżni. Owszem, można zadać bardzo wiele pytań, a następnie poszukiwać na nie odpowiedzi, angażując w to pieniądze, czas i coraz bardziej wyrafinowane metody badawcze, ale w znakomitej większości odpowiedzi te nikogo nie interesują i nie mają szansy wyjść poza naukowy obieg informacji.

O ile w ogóle uda się w tym zamkniętym obiegu ogłosić je tak, by potencjalni adresaci mogli do nich dotrzeć, co przy 2,5 miliona artykułów naukowych ukazujących się co roku nie jest wcale proste.

Wykop Skomentuj19
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale