Często zamieszczam zdjęcia lub obrazki (a niekiedy mapy) związane ze swoim wpisem, ale dzisiaj tego nie zrobię, bo jeszcze zamierzam dziś coś zjeść. A jaki temat? Ano Love Parade, głównie w kontekście politycznym.
Być może jakaś tam grupka osób, jakiś tam ułamek uczestników wybrał się na ową paradę miłości, aby przede wszystkim posłuchać muzyki. Wiem coś o tym, bo sam słucham m.in. rapu, a bynajmniej nie jestem Murzynem z getta. Niemniej sądzę jednak, że w Love Parade głównie chodzi o pewną ,,kontr-kulturę'' i pewną obyczajowość, czy też jej brak.
Ostatni taki event zdarzył się w 2010 roku w skądnikąd malowniczym nadreńskim mieście Duisburg (w którym swoją drogą znajduje się bodajże największy port rzeczny na świecie, a przynajmniej jeden z największych).
I co? I można było się spodziewać, że prędzej czy później, gdy dochodzi do zgrupowania oszołomów o mentalności ćwierćgłówków (a co, szympansów nie będę obrażać porównywaniem), to może dojść do tragedii. Zwłaszcza jak hołota jest naćpana, a głównie co ma w głowie to kiedy ponownie wciągnąć krechę, ujarać się, czy wsadzić ręce w majtki osoby stojącej obok. W każdym razie, w pewnym momencie doszło do paniki (wywołaną masową halucynacją?) w wyniku czego doszło do stratowania ponad pół tysiąca osób z czego 21 na śmierć.
I teraz przejdźmy do meritum. Na ostatniej paradzie uczestniczyło 1,4 miliona osób. Tak naprawdę więc i tak mała część została stratowana. A co z resztą? Ano m.in. biorą udział w głosowaniach. Nie tylko do swoich niemieckich, hiszpańskich i innych parlamentów, ale także do europarlamentu.
No i to już nie jest za ciekawe, zważywszy, że europarlamentarzystami - którzy w jakieś mierze decydują o całej Unii Europejskiej - są takie kreatury jak np. Daniel Cohn-Bendit (nieco szerzej o nim w poprzedniej nocie).
P.S. Żeby obyło się bez zbędnych komentarzy nie na temat, dodam, że mój wpis nie ma na celu podważania demokracji, a jedynie jest próbą zauważenia pewnego problemu.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)