Z wielu rozmaitych zespołów, które kiedyś w czasach młodości darzyłem szacunkiem i poważaniem, już teraz takowymi uczuciami nie darzę.
Jednym z wyjątków jest King Crimson, który to zespół wielce cenię do dzisiejszego dnia..
Żeby było ciekawiej moją przygodę z King Crimson nie zacząłem od "Epitaph" i pierwszej, pzresławnej płyty "In The Court Of The Crimson King", a od "Discipliner" z 1981 r.
Ot, taki mały przegląd ich studyjnych płyt.
"In the Court of the Crimson King: An Observation by King Crimson" (1969) moja ocena: 6
Płyta - legenda, tak wiele opisywana i oceniana, że wiele od siebie nie dodam.
Każdy utwór na tej płycie, to perełka, poczynając od energetycznego, drapieżnego "21st Century Schizoid Man" ze zniekształconym głosem Lake'a, przez zwiewny, liryczny "I Talk To The Wind", majestatyczny i podniosły "Epitaph" (wizytówka zespołu) po niezwykły eteryczny, bajkowy z dodatkowym instrumentem jeakim jest cisza "Moonchild" po niesamowity "Court Of The Crimson King".
"In The Wake of Poseidon" (1970) moja ocena 3,5
Ta płyta to jakby gorsza wersja poprzedniczki.
"Pictures of a City" to jakby odpowiednik "Schizofrenika", "Cadence and Cascade" - "I Talk To The Wind", "In the Wake of Poseidon" - "Epitafium".
Poza jednak zwiewnym "Cadence and Cascade" reszta raczej nie zachwyca.
No może jeszcze ironiczne i dysonansowe "Cat Food" jest fajne.
Reasumując, płyta dająca się wysłuchać z przyjemnością, ale razi wtórnością.
Niestety.
"Lizard" (1970) moja ocena 4,5
Inntrygująca i taka "jazzująca" płyta. Uważa się powszechnie, że to album trudny w odbiorze i skomplikowany.
Bez przesady.
Na pewno jest to jednak zdecydowane odejście od melotronowych klimatów debiutu i Posejdona, co mnie osobiście cieszy, bo świadczy o rozwoju grupy.
Tak czy owak, to znakomita płyta
"Islands" (1971) moja ocena 5,5
Płyta wspaniała, jedno z największych osiągnięć Frippa jako kompozytora, ale rónież muzyka.
W programie tej płyt znalazły się znakomite roizbudowane utwory takie jak "Formantera Lady" i zamykający tytułowy, ale również "beatlesowsko" radosne "Ladies Of The Road" i niesamowita kompozycja "Prelude: Song of the Gulls".
NIedoceniana płyta, a szkoda, bo to diament, zapewniam Was.
"Larks' Tongues in Aspic" (1973) moja ocena 3,5
Przyznam szczerze, że nigdy ta płyta nie robiła na mnie dobrego wrażenia.
Owszem są fragmenty genialne, choćby pulsujący rytmicznie, pięknie rozwijający się "The Talking Drum", ale jakoś płyta jako całośc mnie nie przekonuje, a dwie odsłony kompozycji tytułowej otwierająca i zamykająca płytę drażnią mnie i nudzą.
Wiem, że niektórzy uważają tę płytę za jedną z najlepszych albo wręcz najlepszą.
Ja jej nie lubię, cóż zrobić.
"Starless and Bible Black" (1974) moja ocena 5
NIesamowita ekspresja, dziwactwo i ekscentryczność to zalety tej właściwie koncertowej płyty, bo jedynie "The Great Deceiver" i "Lament" rozpoczynjące płytę są utworami nagranymi w stiu nagraniowym.
Na tej płycie obok agresywnych kompozycji jest miejsce na taką subtelną, kameralną kompozycję, a właściwie improwizację jak "Trio".
Przyznam, że dawniej niezbyt rozumiałem i ceniłem tę płytę.
Uważam, że właśnie ta bezgwiedna płyta jest najtrudniejszą w odbiorze płytą King Crimson, ale również niezwykle piękną, jeżeli słuchacz potrafi się w nią wgłębić.
"Red" (1974) moja ocena 5
Płyta wielce poważana.
Ja ją lubię choćby ze względu na niesamowite piękno tkwiące w "Starless" i ta improwizacja palce lizać.
Inne utwory też są bardzo dobre, ale "Starless" je przebija.
Mocny akord na zakończenie pierwszego etapu historii King Crimson.
"Discipline" (1981) moja ocena 5
Płyta jakże odmienna od płyt z klasycznego okresu działania zespołu (1969-1974), mogąca wprowadzić w konfuzję fanów takim nowofalowym charakterem i śpiewem Adriana Belew w stylu Talking Heads. Płyta, którą lubię od momentu, w którym ją usłyszałem i zawsze mam dreszcze przy „słoniowych” dźwiękach gitary w „Elephant Talk”.
"Beat (1982) moja ocena 4
Słabsza to płyta od swojej czerwonej poprzedniczki, niemniej i na niej można znaleźć ciekawe utwory jak choćby urokliwie popowy "Heartbeat", nastrojowa ballada "Two Hands", otępieńcze "Requiem".
Płyta mimo pewnych swoich słabości i tak mi się podoba. Mam słabośc do kolorowej trylogii King Crimson z lat 80-tych, a więc i również do tej płyty .
"Three of a Perfect Pair" (1984) moja ocena 3
Płyta żółta jest słabsza od niebieskiej ("Beat"), która z kolei jest słabsza niż czerwona ("Discipline").
Płyta wyraźnie dzieli się na pół. Pierwsza połowa jest jakby nowofalowa, a druga niby bardziej improwizowana.
Lubię i tę płytę, ale jest ona wyraźnym znakiem spadku formy. Niestety.
"Thrak" (1995) moja ocena 3,5
Kolejna odsłona King Crimson w podwojonym składzie (dwie gitary, dwa basy, dwie perskusje) zupełnie mnie nie zachwyciło. Nie przekonałem się do tej płyty do dzisiaj.
Nie mogę powiedzieć, że nie ma niej dobrych utworów, choćby nastrojowe "Walking On Air" lub fantastyczne perskusyjne "B'Boom", ale od większości utworów na tym albumie niestety wieje nudą.
Poza tym nie ma na tej płycie nic co bym nie słyszał już na poprzednich płytach King Crimson.
"The ConstruKction of Light" (2000) moja ocena 3
Nie podoba mi się ta płyta, pomimo, że z przyjemnością słucham choćby czegoś takiego jak parodia bluesa "ProzaKc Blues" lub "FraKctured".
Całość jednak nie przekonuje, choć nie wątpię, że może ta płyta się podobać.
Jak na mnie to za mało w tym crimsonowego grania, a za dużo nieprzekonywującego łupania.
"The Power to Believe" (2003) moja ocena 4
Przyznam, że ta płyta zaskoczyła mnie pozytywnie.
Ciekawostką, jest wielce udany mariaż typowego crimsonowego grania z elektroniką.
Brzmienia industrialne przetworzone przez King Crimson. Nie każdemu musi się to podobać, ale mnie o dziwo się podoba.
Reasumując całkiem przyzwoita płyta.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)