Tym razem taki przeglądzik płyt osławionej niegdyś grupy The Cure od płyty najgorszej (in my opinion) do płyty najlepszej (in my opinion). Pod uwagę wziąłem tylko płyty studyjne.
13. The Top(1984) - słaba płyta, tak w zasadzie Robert Smith nagrał ją prawie jednoosobowo i za bardzo nie wiedział, czy nadal być smutasem jak na trzech poprzedzających płytach czy też popowym wesołkiem jak na "Japanese Whispers". Wyszło beznadziejnie słabo. Zupełnie jałowa płyta z nudnymi kawałkami. Zważywszy, że The Cure to taka sama w sobie nudna kapela, to już naprawe klęska nagrać coś nudniejszego niż ich najnudniejsze kawałki. Lepiej tę płytę z daleka omijać.
12. The Cure (2004) - mam problem, bo powiedzmy sobie szczerze na miejscach 9-12 mógłbym wymiennie umieścić każdą z tych płyt: "4:13 Dream" (2008),"The Cure" (2004), "Bloodflowers" (2000), "Wild Mood Swings" (1996). Każda z nich jest na swój sposób niedobra i nieinteresująca. Przykro mi, ale dla mnie The Cure skończył się na płycie "Wish" (1992). Dalsza kariera The Cure to jedno wielkie nieporozumienie. Kończcie panowie wstydu oszczędźcie.
11. 4:13 Dream (2008) - patrz komentarz do 12
10. Wild Mood Swings (1996) - patrz komentarz do 12
9. Bloodflowers (2000) - patrz komentarz do 12
8. Three Imaginary Boys (1979) - w wersji na UK pozostaje mi w pamięci tylko "10.15 Saturday Night", w wersji na USA znanej jako "Boys Don't Cry" dochodzi jeszcze ten kawałek i "Killing An Arab". Reszta to niestety cienizna.
7. Faith (1981) - wiem, że ten album jest kultowy dla fanów The Cure, ale mnie jakoś nie bierze, w porównaniu z albumem o rok wcześniejszym "Seventeen Seconds" (1980) wydaje mi się krokiem w tył. Ale już tak bywa z The Cure w pierwszym okresie istnienia, że co drugi album jest dobry. Ta zasada przetrwała do "The Head on the Door" (1985)
6. Pornography (1982) - to chyba najbardziej kultowy album The Cure, ale mnie niestety ta tak mi się wydaje udawana depresja jakoś nie pociąga. Mimo wszystko wolę te weselsze kawałki The Cure.
5. Seventeen Seconds (1980) - najlepsza płyta z wczesnego okresu The Cure. Taki minimalizm muzyczny, a jednak to do mnie przemawia. "A Forest" mogę słuchać w nieskończoność. Bardzo fajna, choć nieco smutna płyta.
4. Wish (1992) - cały album jest równy i dobry, no może nie jest to ta sama forma co na "Disintegration", ale trzeba przyznać, że jeżeli Robert Śmith obniżyli swój poziom to tylko nieznacznie. Zabawne, że płyta ta odniosła największy sukces komercyjny, a to dzięki uroczemu, aczkolwiek zupełnienie nieprezentatywnemu dla tej płyty utworowi "Friday I'm in Love". Tak czy siak znakomita płyta.
3. Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me (1987) - wydaje mi się, że jest to wybitnie niedoceniana płyta. Bardzo długa to płyta (ongiś w czasach analogu były to dwie płyty) i powiem szczerze, gdyby Robert Smith dokonał nieco bardziej uważnej selekcji materiału, który nagrali na sesji mogłoby wyjść arcydzieło, a tak wyszedł tylko albo aż całkime przyzwoity album. Bardzo fajne utwory jak "Catch", "Why Can't I Be You?", "Just Like Heaven" mieszają się ze słabymi alu wręcz beznadziejnymi jak choćby "The Snakepit" czy "Hot Hot Hot!!!". Ale tak poza tym naprawdę lubię tę płytę.
2. Disintegration (1989) - po wysłuchaniu "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me" zupełnie straciłem zainteresowanie zespołem i wstyd się przyznać, ale całą płytę "Disintegration" poznałem dopiero niedawno. Dawniej znałem tylko "Lovesong" i "Lullaby" (pamiętacie ten okropny teledysk). Muszę przyznać, że niesłusznie ponad dwadzieśćia lat temu postawiłem kreskę na The Cure. Ten album to absolutny klasyk. Bez wątpienia godny zapoznania się z nim.
1. The Head on the Door (1985) - niewymuszona popowa płyta. W chwili, gdy się ona ukazała nie doceniłem jej, ale po latach m uszę przyznać, że to prawdziwy brylant. Tak w zasadzie tylko ta płyta nie pokryła się jak inne patyną.Nie ma na tej płycie słabych utworów, wypełniaczy - są albo bardzo dobre jak ""In Between Days", "Close To Me", "A Night Like This" albo dobre jak cała reszta. Bardzo równa i bardzo piękna płyta. Polecam bez żadnych wahań.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)