Strasznie długi ponad dwugodzinny film biograficzny o Bobie Marleyu (kto zacz chyba nie ma co wyjaśniać).
Niby nic takiego, poprawdzona linearnie historia życia i twórczości tego wielkiego muzyka, od narodzin aż do śmierci.
Takie rzeczy niby już widzieliśmy, ale zapewniam, że ta historia wciąga, nawet gdy ktoś nie lubi muzyki reggae.
Na pewno jest to zasługa reżysera filmu Kevina Macdonalda (kolesia, który nakręcił świetny "Ostatni król Szkocji" z Whitakerem w roli głównej), który umie sprawnie opowiadać historie, a sięga do wspomnień matki, żony, jak i licznych kochanek Marleya, innych muzyków, dalszych lub bliższych kolegów i krewnych .
Film opowiada nie tylko o Marleyu - znakomitym twórcy muzycznym i charyzmatycznym liderze grupy, ale również Marleyu - wielbicielu piłki nożnej, Marleyu - egoiście nie interesującym się specjalnie swoimi dziećmi.
Notabene Marley jak wynika z filmu miał 11 (słownie jedenaścioro dzieci) ze związków z 7 kobietami.
Z filmu tego wyłania się niejednoznaczny obraz idola.
Z jednej strony genialnego muzyka i wokalisty, z drugiej strony najaranego gandzią naiwniaka bredzącego coś o idei rasta i cesarzu Haile Selassie.
Takich obrazów muzyka jest w tym filmie więcej.
Wspomnienia i mnóstwo materiału filmowego z tamtej epoki jest przeplatane bardziej lub mniej znanymi utworami Marleya.
Potrafi człowieka rozbujać ta muzyka tak, że traci się poczucie czasu oglądając ten film.
Polecam.
Można obejrzeć go dziś o 16.00 na HBO2.


Komentarze
Pokaż komentarze