Acca dacca - tak nazywa się ten słynny zespół w rodzimej Australii.
U nas dawno temu w chwilach ich największej sławy nazywało się Ace piorun Dece.
Oto zestawienie ich płyt od najgorszej do najlepszej:
„Blow Up Your Video” (1988) - tragiczny to album, miałkie melodie, beznadziejny singiel „Heatseeker”, kolejny słaby album po dwóch poprzedniczkach „Flick Of The Switch” i „Fly On The Wall”.
„Flick Of The Switch” (1983) - chyba to jest gorszy album niż „Fly On The Wall”.Niesamowite jak może ujść powietrze z zespołu, który odnosił jeszcze niedawno sukcesy, o jakich wcześniej nie marzył.
„Fly On The Wall” (1985) - kontynuacja najbardziej beznadziejnego okresu w dziejach AC/DC. Zupełnie się pogubili. Już poprzednia płyta nie brzmi jak AC/DC, a ta jeszcze pogłębia wrażenie, że gra jakaś podróbka dawnych piorunów. Żałość i tyle.
„Powerage” (1978) - jedyny album z Bonem Scottem, który uważam za nudny i nieudany. Są na tej płycie fajne rzeczy, ale króluje głównie przeciętność i nijakość.
„Ballbreaker” (1995) - kiedyś nie byłem przychylnie usposobiony do tej płyty, ale wydaje mi się, że wbrew obiegowym sądom jest ona całkiem niezła, a na pewno lepsza od tych co umieściłem powyżej.
"Stiff Upper Lip" (2000) - całkiem miłe to granie, nie ma wzlotów, nie ma upadków. Płyta ta nie porywa, ale da się jej posłuchać bez żadnego wstrętu, a nawet z przyjemnością.
"The Razors Edge" (1990) – ten album przerwał wreszcie słabą passę piorunów z poprzedniej dekady począwszy od „Flick Of The Switch”. Nie jest to może rewelacja, a nawet takie rzeczy jak oklepany "Thunderstruck" mnie wkurzają, ale już takie "Moneytalks" brzmi całkiem w porządku.
„Black Ice” (2008) - już od pierwszych dźwięków czuć, że będzie całkiem nieźle. Wydany w przededniu emerytury naprawdę niezły album. Nie ma tu żadnych nowości, ale to dobrze. Najlepiej piorunom zawsze wychodził taka prymitywna, szczera prostota brzmienia. Dobry album i dużo w nim ikry.
„For Those About To Rock We Salute You” (1981) - trochę, a nawet bardziej niż trochę rozczarowujący album po czymś takim jak „Back In Black”, niemniej czuć jeszcze siłę i potęgę grupy. To udany łabędzi śpiew na długie lata.
„Let There Be Rock”(1977) - klasyczny album z Bonem Scottem w przededniu wielkiego sukcesu. Takie rzeczy jak "Whole Lotta Rosie" czy numer tytułowy to esencja hard rocka w najlepszym wydaniu.
„High Voltage” (1976) - początki piorunów to taka dzika mieszanka cięższego bluesa i hard rocka. Już na tej płycie słychać to czym później czarowali energią i emocjami zawartymi w dość prostych, a nawet prostackich i prymitywnych melodiach. Prostota i prymitywizm może być niesamowitą siłą, o ile umie się utrzymać właściwe proporcje tych składników.
„Dirty Deeds Done Dirt Cheap” (1976) – od niepamiętnych czasów byłem oczarowany tą płytę, dlaczego nie potrafię racjonalnie tego wyjaśnić, ale tkwi w tym albumie taka pierwotna siła i urok, którą pioruny już niedługo zatracą pogrążając się w rutyniarstwie i powtarzalności motywów swojej twórczości. Ta płyta to koniec pierwszego archetypowego etapu kariery piorunów, kiedy jeszcze są nieznanymi szerszej publice „kangurami”.
„Highway to Hell”(1979) – ta płyta była bramą do wielkiej sławy, która nastąpiła po wydaniu „Back in Black”. Gdybym miał porównywać te dwie płyty, nie mógłbym stwierdzić zupełnie jednoznacznie, że „Highway to Hell”jest gorsza. Jest nieco inna i nie chodzi tu tylko o głos wokalisty, niemniej jest piekielnie dobra i jest to też klasyka ciężkiego grania. Absolutna rewelacja.
„Back in Black”(1980) – kanon ciężkiego grania i jeden z największych sukcesów komercyjnych wszechczasów. Ta płyta rozeszła się w ponad 40 mln egzemplarzy, zajmuje 4 miejsce po „Thriller” Michaela Jacksona, „The Dark Side of the Moon” Pink Floyd oraz „Their Greatest Hits (1971–1975)” Eagles. Sukces tym dziwniejszy, że odniesiony ze świeżym wokalistą, Brianem Johnsonem (Bon Scott tragicznie zmarł tuż przed rozpoczęciem sesji nagraniowych do tego albumu). Na tej płycie nie ma przeciętnych kawałków, są same killery. Nie można nie mieć tej płyty.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)