
Wydany 21 października br. nowy album największego bezkompromisowego rock'n'rollowca, Lemmy'ego i jego grupy nie jest może największym osiągnięciem tego zespołu, ale nie ma co narzekać.
Dostajemy to co od zawsze prezentował Motörhead, czadową muzykę, zachrypniętego wokalistę i ten szczerość przekazu, którą już dawno zatraciło 99,9 % starszych wykonawców (o tych młodszych nie mówię, bo to popelina i zgnilizna moralna).
Bez wątpienia krytycy będą kręcili nosem nna to, iż Motörhead się powtarza, że gra to samo, że nic nie ma w tym nowego i twórczego.
Powiem tak te zarzuty byłyby jak na miejscu w stosunku do innych kapel, ale nie do Motörhead.
Włąśnje cały urok tej kapeli polega na tym, że się nie zmienia, a w zasadzie zmienia się tylko śladowo.
Wracając do zawartości płyty, to wypełniają ją 14 zazwyczaj szybkich i krótkich utworów, jednych fajniejszych jak otwierający killer "Heartbreaker", pędzący trochę na oślep "End Of Time", najdłuższy na płycie (ledwie 4 i pół minuty), potężne brzmiący ""Silence When You Speak To Me" z fajną solówką gitarową , "Crying Shame" z takimi fajnymi zagrywkami gitarowymi, otępieńczy i szalony "Queen Of The Damned" czy wyścig na najwyższych obrotach "Paralyzed", innych trochę mniej jak "Coup De Grace" czy też bezładne jak "Going To Mexico" bądź takie nieco schematyczne jak "Knife" i takie ciągnące się bez końca "Keep Your Powder Dry".
Na płycie jest również miejsce na fajne ballady: znakomitą, bluesującą "Lost Woman Blues" i rhytm'n'bluesową "Dust And Glass".
Klasa sama w sobie i oddech od tych krókich, szybkich petard, które młóci Motörhead.
Ja na przekór malkontentom, mizantropom, niedowiarkom i innym tego rodzaju postaciom mówię tak: ZNAKOMITY jest to album.
Sądzę, że moja pochwała ma znacznie większą wartość niżby się pierwotnie wydawało, bo nie jestem zażartym fanem Motörhead - ot zawsze ich ceniłem, ale nie była to kapela za którą dałbym się pokroić.
Posłuchajcie tej niezbyt długiej płyty (prawie 47 minut).
Niech żyje röck'n'röll.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)