Lustracja z prawdziwego zdarzenia, otworzenie dokumentów IPN i możliwość bezprzymiotnikowego dostępu do nich każdego Polaka jest absolutnie konieczne. Lustracja winna dotyczyć nie tylko polityków. Ale może w szczególności środowisk twórczych (naukowego, dziennikarskiego, aktorskiego, literackiego), sportowego, Kościoła Katolickiego i innych wyznań. Potwierdzeniem dla konieczności takich działań jest sprawa profesora Wolszczana.
W licznych wczoraj przekazach medialnych nazwisko profesora Wolszczana odmieniane było przez wszystkie przypadki. Albowiem po zapoznaniu się ze swoją teczką agenta SB i kilku dniach wahań profesor "był uprzejmy" przyznać się, że w latach 1973-1982 był w konfidentem PRL-owskiej tajnej policji, czyli Służby Bezpieczeństwa i donosił (co najmniej) na swoje akademickie środowisko. Z wielu komentatorskich piersi co rusz wydobywał się jęk: Co za zaskoczenie! Jak mogło do tego dojść?! Itd., itp. To zaskoczenie i wyraz niedowiarzania mógł pojawić się (tak, jak zawsze) tylko i wyłącznie na twarzach zagorzałych przeciwników jakiejkolwiek formy lustracji. Zakłamanych w tej sprawie do szpiku kości, którzy zawsze swoją wypowiedź o potrzebie lustracji (po prostu lustracji - bezprzymiotnikowej) zaczynają od słów: Owszem jestem za, ale ... I tu się zaczyna antylustarcyjny bełkot (red. Kolenda-Zaleska, red. Żakowski, red. Michnik, red. Wroński ... długa, bardzo długa lista). To zakłamane "zaskoczenie" widziane było zawsze wtedy, gdy bezdyskusyjne dowody obnażały b. haniebną niekiedy przeszłość autorytetów środowiska antylustracyjnego (arc. Wielgus, ks. Czajkowski, ojciec Hejmo, niejaki Maleszka itd.). Te sprawy były bowiem "perłami" w "koronie" dowodów, jak bardzo wielkim zaniedbaniem odrodzonej po 1989 roku Rzeczpospolitej był i w sumie nadal jest brak lustracji, nierozliczenie się z okresem komunistycznej PRL. A co do profesora Wolszczana. A cóż to za zaskoczenie? Przecież pan profesor to przedstawiciel środowiska, które konfidentami - donosicielami SB było w czasach PRL "nafaszerowane", jak pieczone prosię kaszą gryczaną! Przecież oprócz środowiska księży katolickich i środowiska sportowego to właśnie Nasi rodzimi akademicy zawsze najostrzej protestowali przeciwko jakiejkolwiek formie lustracji. Pytaniem nie jest więc to, czy "profesor Wolszczan był ...", ale ilu jeszcze takich "Wolszczanów" jeszcze jest? Mówię o tym tak jednoznacznie, bo sam miałem okazję widzieć co działo się na jednej z prywatnych uczelni w czasie, gdy wchodziła w życie ustawa lustracyjna przygotowana w okresie rządów PiS. Będąc doradcą medialnym władz wspomnianej prywatnej uczelni miałem okazję widzieć te nerowe rozmowy korytarzowe kadry naukowej, słyszeć dociekania, jak można poradzić sobie z atakiem mediów w razie, gdyby ..., nerwowe oczekiwanie na decyzję Trybunału Konstytucyjnego, który może tę "cholerną ustawę" obali. No i obalił. Wtedy nie było widać na twarzach zakłamanego "zatroskania" czy "zaskoczenia. Był autentyczny wyraz ulgi i nadziei, że już "nigdy więcej ...". Obecnie jest ulubiony przez przeciwników lustracji totalny bałagan w tej materii, chaotyczne działania, które można komentować, a cały problem tradycyjnym sposobem antylustratorów po prostu zagadać. Ten błogi stan przerwała sprawa tego cholernego Wolszczana. Zresztą pan profesor od momentu "wybuchu" afery starał się (zgodnie z zasadami i taktyką działań antylustratorów w kryzysowych sytuacjach) ukręcić sprawie łeb. Najpierw zamilkł, potem mruknął do publiczności, że "powie coś, gdy zapozna się z dokumentami", potem wydał wydał kuriozalne oświadczenie. Pamięć wróciła panu profesorowi dopiero wczoraj. W czasie rozmowy w TVN-owskich "Faktach". Profesor Wolszczan już wiedział, że podpisał kwity o współpracy z SB, ża brał kasę, którą oczywiście wyrzucał (co za poczucie humoru - pogratulować!), że brał prezenty (też je wyrzucał). Że donosił. A jeszcze parę dni temu nie potrafił nic powiedzieć bez wcześniejszego "przejrzenia dokumentów". Piszę to, bo wielu moich rozmówców mówi o "odwadze przyznania się" u profesora. Łatwo zauważyć, że "odwagi przybyło", gdy upublicznione zostały dowody, które nie pozostawiały cienia wątpliwości o 9-letniej (!!!) współpracy profesora Wolszczana z SB. To nie jest odwaga. To bezwstyd i bezczelność. Od profesora, akademika wielu renomowanych światowych uczelni i wreszcie (co najważniejsze!) nauczyciela akademickiego nie tylko można, ale trzeba wymagać bardzo wiele. W tym elementarnej przyzwoitości.
Ta sprawa to kolejny dowód, jak bardzo Polsce (nie tylko konkretnym środowiskom) potrzebna jest ustawa lustracyjna i pełne (bezprzymiotnikowe!!!) otworzenie dla każdego obywatela dokumentów zgromadzonych w IPN. Tak, jak jest w Niemczech. Tam do Instytutu Gaucka może wejść każdy i za opłatą 5 Euro dostać dokumenty, które życzy sobie obejrzeć. Pulitzer


Komentarze
Pokaż komentarze (5)