Władimir Putin odkrył karty. Wczoraj namaścił swojego następcę. Na Kremlu ma go zastąpić 42-letni prawnik, obecny wicepremier Dmitrij Miedwiediew. Wcześniej uzyskał on poparcie czterech prokremlowskich partii: Jednej Rosji, Sprawiedliwej Rosji, Partii Agrarnej i Siły Obywatelskiej. Po przedstawieniu kandydatury urzędującemu prezydentowi, ten natychmiast ją zaakceptował i zaprezentował Miedwiediewa jako "swojego" kandydata.
Wszystko wydaje się jasne. A jednak wciąż jest wiele niewiadomych.
Kim jest Miedwiediew? Dla potrzeb tej notki nazwałem go w skrócie "Niedźwiedziem" (ros. miedwied'), choć z postury raczej misia nie przypomina. Miedwiediew to symboliczna postać jeśli chodzi o rządzącą w Rosji od kilku lat kastę urzędniczą. Nieprzesadnie wyrazisty i przebojowy, przez wiele lat był postacią anonimową, działającą głównie w Petersburgu, na marginesie wielkiej polityki, do centrum władzy trafił wraz z wieloma innymi petersburżanami po awansie Putina w 1999 r.
W 1987 r. ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Leningradzkim. Jednym z jego wykładowców był prof. Anatolij Sobczak, który wkrótce rozpoczął znaczącą karierę polityczną, jako kandydat na Zjazd Deputowanych Ludowych, a później mer Leningradu, inicjator powrotu do dawnej nazwy Petersburg. Młody absolwent prawa, Miedwiediew, asystent a potem doktor i wykładowca na Wydziale Prawa zaangażował się we wsparcie politycznej działalności Sobczaka. Trafił do petersburskiego magistratu. Tam poznał swojego późniejszego protektora Putina, który był jednym z zastępców Sobczaka, odpowiedzialnym za kontakty z zagranicą.
Ale prawdziwa polityczna kariera Miedwiediewa ruszyła dopiero po tym, gdy Putin wspiął się na szczyty rosyjskiej władzy. Nowy przywódca Rosji pozbywał się stopniowo ludzi "odziedziczonych" w spadku po Jelcynie. Zastępował ich zaufanymi współpracownikami, których znał z czasów pracy w KGB lub petersburskim ratuszu. Ci zaś ciągnęli za sobą następnych. W ten sposób tworzyły się nowe kremlowskie koterie. Na fali awansów na Kreml trafił także Miedwiediew. Karierę w Moskwie rozpoczął od stanowiska wiceszefa administracji Putina - najpierw premiera, a potem prezydenta. Wkrótce trafił też do Rady Dyrektrów koncernu "Gazprom". W 2003 objął funkcję szefa administracji prezydenta, a dwa lata później został wicepremierem. Był to jeden z najważniejszych sygnałów, że to właśnie Miedwiediew może być potencjalnym następcą Putina.
Analitycy przez dłuższy czas głośno mówili o rywalizacji Miedwiediewa o schedę po Putinie z innym zausznikiem prezydenta - ministrem obrony Siergiejem Iwanowem. Ów także długo współpracował z Putinem, a do kremlowskiej administracji trafił po wieloletniej karierze w KGB, SWR i FSB. Iwanow reprezentuje frakcję siłowików, ludzi wywodzących się ze służb specjalnych, również silnie reprezentowanych na szczytach władzy.
Rywalizacja Iwanowa i Miedwiediewa miała w sobie pewną symbolikę. Trochę trywializując - była to gra w "złego" i "dobrego policjanta". Iwanow reprezentował służby specjalne, "kompleks militarno-przemysłowy" i rosyjski neoimperializm oparty o militaryzm, zbrojenia i ekspansję w obszarze tzw. "bliskiej zagranicy". Miedwiediew miał być z kolei "dobrym wujkiem" - powierzono mu opiekę nad rządowym programem wielkich reform społeczno-ekonomicznych, walki z bezrobociem, rozwoju służby zdrowia, edukacji. Jednocześnie kreowany był na pragmatycznego liberała, koncyliacyjnego, bardziej strawnego dla Zachodu, niż militarysta Iwanow. Z drugiej strony, wieloletnia kariera prawnicza oraz udział w kierownictwie Gazpromu, wiązał Miedwiediewa z wielkim rosyjskim biznesem.
W ciągu ostatnich miesięcy jednak wydawało się, że pozycja obu rywali zaczęła słabnąć. Putin obu powierzył co prawda funkcje I Wicepremierów, ale Iwanowa pozbawił stanowiska ministra obrony. Kiedy we wrześniu do dymisji podał się premier Fradkow, Putin na nowego szefa rządu desygnował mało znanego Wiktora Zubkowa. O kandydaturach Iwanowa i Miedwiediewa mówiło się coraz ciszej. Pojawiła się koncepcja, że w przyszłym roku to właśnie Zubkow zostanie prezydentem ale tylko "tymczasowym" czy "przejściowym", natomiast faktyczna władza pozostanie w rękach Władimira Putina.
Dziś może się wydawać, że Putin powrócił do wcześniejszych koncepcji. Nie oznacza to jednak, że w ramach "Operacji przekazanie władzy" nic już więcej się nie wydarzy. Pamiętajmy, że Putin w krótkim czasie wymienił rząd i wystawił swoją kandydaturę w wyborach parlamentarnych. Słychać głosy, że dla równowagi Putin już wkrótce poprze innego kandydata - dla zachowania pozorów demokracji. Czy będzie to Siergiej Iwanow - zgodnie z dawną koncepcją - nie wiadomo. Prezydent Rosji lubi przecież zaskakiwać.
Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy Miedwiediew - jeśli nie będzie miał kontrkandydata - będzie prezydentem "de iure" czy "de facto"? W chwili obecnej wszystko wydaje się wskazywać, że Miedwiediew jako prezydent będzie tylko wykonawcą woli Putina, wszystko jedno czy Putin będzie premierem, szefem Gazpromu, przewodniczącym (sekretarzem generalnym) Jednej Rosji czy też zwykłym obywatelem Federacji Rosyjskiej. Pozostaje jednak cień przypuszczenia, że Miedwiediew uniezależni się od swojego protektora tak samo jak wcześniej Putin uniezależnił się od mocodawców z "rodziny" Jelcyna, którzy osadzili go na stanowisku szefa rządu w 1999 r. Trudno jednak uwierzyć w to, że Putin pamiętający własne wejście do wielkiej polityki, mógłby pozwolić na powtórkę z historii. Z drugiej strony, można wątpić też w to, że człowiek (ktokolwiek nim będzie), który zostanie dopuszczony do decydowania o losach największego kraju na świecie dobrowolnie zrzeknie się swoich uprawnień na rzecz odsuniętego w cień promotora.
Przy okazji odpowiem również na pytanie witka: Pisałem już o wcześnie o "wariancie kosowskim":
Wkrótce niepodległość może ogłosić Kosowo. Od kilku lat słychać o tzw. wariancie kosowskim. Kreml, od dawna przeciwny niepodległości Kosowa, chce zagrać kosowską kartą przeciwko państwom zachodnim, ale przede wszystkim przeciwko "bliskiej zagranicy". Jeśli niepodległość uzyska Kosowo, władzom rosyjskim łatwiej będzie wspierać separatystyczne dążenia Naddniestrza, Abchazji czy Osetii Południowej, które tym samym umocnią rosyjską obecność i wpływy w regionie proradzieckim, a w przypadku Abchazji i Osetii będą silnym straszakiem względem niesubordynowanej Gruzji.
Dziś podtrzymuję tylko swoje zdanie. Moskwa jest przeciwna niepodległości Kosowa, bo tak wynika z jej "odwiecznej" solidarności z narodem serbskim. Dyplomaci rosyjscy napewno będą do końca grać, aby Kosowo niepodległości nie uzyskało. Ale jeśli do uzyskania niepodległości dojdzie, to precedens "jednostronnego ogłoszenia niepodległości" Kreml z całą pewnością wykorzysta by podgrzać nastroje w Naddniestrzu, Abchazji i Osetii.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)