Na dwa dni przed planowaną wizytą premiera w Moskwie utwierdzam się w przekonaniu, że zamiast niego na spotkanie z rosyjskimi politykami powinna udać się Agnieszka Radwańska. Wschodząca gwiazda polskiego tenisa ma już spore doświadczenie w starciach z Rosjankami i, co ważniejsze, odniosła już w nich spore sukcesy. Radwańska w ciągu ostatnich miesięcy "rozłożyła" już znacznie wyżej notowane: Szarapową, Kuzniecową i Pietrową. Myślę że i z Putinem, i z Zubkowem, i z Miedwiediewem dałaby sobie radę.
Ale poważnie. Wiele już słów zostało wypowiedzianych na temat zbliżającej się peregrynacji Tuska na Kreml. A mnie wypada się tylko podpisać pod słowami wypowiadanymi przez takie profesorskie osobistości jak Bohdan Osadczuk, Jadwiga Staniszkis czy Włodzimierz Marciniak. Kiepski termin, fatalna atmosfera. Idą wybory, w Rosji trwa prezydencka kampania, murowanym faworytem jest namaszczony przez Putina Miedwiediew. Tusk wpada więc w gości w najmniej odpowiednim momencie. Jego wizyta może zostać wykorzystana propagadnowo. Z drugiej strony nie do końca wiadomo, z kim powinien w tym momencie rozmawiać. Wymogi protokolarne wskazywałyby na Zubkowa. Jednak obecny premier Rosji nie jest chyba osobą rozdającą karty. Wkrótce i tak będzie musiał złożyć urząd. Spotykanie się z Miedwiediewem nie wchodzi w grę. To może zostać odebrane jako wyraz poparcia dla niego jako kandydata na stanowisko prezydenta. Pozostaje Putin, który niedługo przestanie być prezydentem, a zostanie...no właśnie, nie bardzo wiadomo kim. Być może premierem. A co z rosyjską opozycją, która czeka na jakiś gest poparcia ze strony Zachodu? Czy Tusk ma ją na uwadzę. Przypomnę tylko, że tak mocno krytykowany prezydent Kaczyński goszcząc w czasie niedawnego kryzysu w Gruzji znalazł czas nie tylko na spotkanie z Saakaszwili, ale i przywódcami opozycji. Ale i tak jest już za późno na to, aby wizytę przekładać, albo zmieniać jej program.
Martwi mnie jednak bardziej to, na co zwraca uwagę prof. Osadczuk. Rząd Tuska stracił z oczu Ukrainę. A widać także, że traci z oczu Gruzję. Starania o stworzenie strategicznego partnerstwa z tymi krajami, w które wiele wysiłku włożył zwłaszcza prezydent Kaczyński, mogą zostać wkrótce zmarnowane. Nie wynika to ze zmiany koncepcji polskiej polityki zagranicznej, tylko z dziwnej chęci odcięcia się od wszystkiego co robił PiS. A wystarczy tylko spojrzeć na to, co dzieje się na naszej wschodniej granicy, aby dostrzec z jak poważnym zagadnieniem mamy do czynienia. Nie pamiętam już dokładnie kiedy, może ponad rok temu, widziałem okładkę "Time" z ogromnym pytaniem "Who lost Turkey?" Pytanie padło w związku z coraz bardziej oddalającą się perspektywą na integrację Turcji ze strukturami europejskimi. Nie chciałbym, aby w najbliższych miesiącach któraś z polskich gazet pytała na pierwszej stronie "Kto przegrał Ukrainę?" Ale odpowiedź i tak nasuwa się już sama.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)