Miałem nie zabierać głosu w ten szczególny dzień, bo nie chciałem swoim wpisem wkładać przysłowiowego kija w mrowisko, ale po tym, co zaserwowały "polskie" telewizje i "historycy" pokroju prof. Ciska, najzwyczajniej w świecie nie mogę siedzieć cicho. Dla mnie dzisiejszy dzień, po tej niezliczonej ilości przekłamań i przemilczeń wylewających się z telewizji, a dotyczących roku 1918, stał się dniem smutnym i ponurym, takim jak pogoda za oknem.
11 listopada 1918 roku został ustanowiony Dniem Niepodległości po raz pierwszy w 1937 roku w celu wzmacniania kultu Józefa Piłsudskiego. Pomimo, że jestem antypiłsudczykiem, zawsze świętowałem ten dzień, ponieważ tego dnia zakończyła się I wojna światowej, która umożliwiła i przyspieszyła odrodzenie się państwa polskiego. Czy rzeczywiście był to aż tak przełomowy dzień? Na pewno ważny z racji końca wojny, ale niestety dziś nie chce się już pamiętać, a raczej świadomie się przemilcza fakt, że zręby państwowości polskiej powstawały już od października 1918 roku. Przypominam wszystkim, że wówczas "zbawca narodu" siedział w zamknięciu (warunki miał tak komfortowe, że nie mogę nazwać tego więzieniem) i stawiał sobie pasjanse. W tym samym czasie Rada Regencyjna tworzyła państwo polskie, 7 października 1918 roku ogłosiła Niepodległość Polski. Wówczas już prawie od roku działał rząd Jana Kucharzewskiego. 12 października 1918 roku RR przejęła zwierzchnictwo nad wojskiem złożonym głównie z Polskiej Siły Zbrojnej. Nowy rząd utworzony 25 października 1918 roku przez Józefa Świeżyńskiego nie wystąpił już o akceptację Niemców i Austro-Węgrów, co było czymś oczywistym po ogłoszeniu 7 października niepodległości. 28 października 1918 roku powołano gen. Tadeusza Rozwadowskiego na stanowisko szefa sztabu generalnego. Generał rozpoczął organizowanie sztabu i ministerstwa spraw wojskowych. To gen. Rozwadowski jest twórcą Wojska Polskiego i jego pierwszym dowódcą, jego rozkazy dały początek wszystkim rodzajom broni, a "Tymczasowa ustawa o powszechnym obowiązku służby wojskowej" ,mimo słowa tymczasowa w jej nazwie, przetrwała do 1924 roku. Pytam, ile razy dzisiaj w mediach padło nazwisko Rozwadowski? No ile? Ile razy padły nazwiska Kucharzewskiego i Świeżyńskiego? Ile razy padły nazwiska regentów Kakowskiego, Lubomirskiego i Ostrowskiego?
W mediach pojawił się za to Daszyński, w pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałem, ale po chwili znowu padło jego nazwisko. Największy szkodnik z listopada 1918 roku dziś na sztandarach. Nie negując działań na rzecz niepodległości tego polityka stawianie go przed Dmowskim jest czym niedorzecznym. Daszyński w listopadzie 1918 roku konfliktował polskie społeczeństwo, o czym jasno powiedział nawet Józef Piłsudski - "Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić". Jednak dziś Daszyński przed Dmowskim, no cóż znaki czasów.
Dochodzimy w tym miejscu do Romana Dmowskiego i jego Komitetu Narodowego Polskiego. W mediach Dmowski pojawiał się gdzieś w tle, ale oczywiście o ogromie jego zasług dla niepodległości cisza. Wiadomo, dzisiaj Dmowskim to się dzieci straszy. Sam nie pochwalam wielu fatalnych poglądów Dmowskiego z lat późniejszych, ale jak można przez ten pryzmat przemilczać i spychać na dalszy plan jednego z największych ojców polskiej niepodległości roku 1918? To jest zwyczajna niegodziwość. Komitet Narodowy Polski wykonał fenomenalną pracę dyplomatyczną. Po raz pierwszy w historii polska dyplomacja pokazała klasę. Dmowski na Konferencjach Międzysojuszniczych przybliżył sprawę polską Entencie, podobnie jak później w Wersalu prezentował niezwykle wysoki poziom wiedzy i erudycji. Ignacy Jan Paderewski odegrał niebagatelną rolę w zrobieniu jakże wielkiego orędownika sprawy polskiej z prezydenta USA Thomasa Woodrow Wilsona. Równie wielką robotę wykonali członkowie KNP: Marian Seyda, Maurycy Zamoyski, Erazm Piltz, czy Jan Emanuel Rozwadowski, który odegrał niezwykle istotną rolę w zjednoczeniu wokół sprawy polskiej skłóconej polonii amerykańskiej. Czy dzisiaj ktoś o nich wspomniał? Czy jakiś historyk upomniał się o pamięć dla tych ludzi? Ależ skąd, przecież oni wszyscy nie byli piłsudczykami, a o "faszystach" nikt nie będzie przypominał.
Ukradkiem przypomniano Witosa, gdzieś z boku pojawiła się Błękitna Armia, ale o Hallerze już pamiętać nikt nie chciał, bo to w końcu endek, a endecja dla dzisiejszych elit jest największym złem, jakie można sobie wyobrazić. Nic nie powiedziano natomiast o powstaniu wielkopolskim, Dowbór-Muśnicki w mediach nie istniał, choć to nie dziwi, bo wiadomo, że ktoś mógłby coś chlapnąć o polityce "cincinnatusa" wobec ziem zachodnich. Zadziwiająco cicho również o Orlętach Lwowskich, o wojnie polsko-ukraińskiej nie wspominając, ale o niej zawsze była cisza, może i dobrze, bo przy jej okazji pojawiłaby się kolejna dawka kłamstw, nawet słowem nie wspomniano by oczywiście o bohaterze tej wojny. Zamęczonego przez piłsudczyków bohatera Śląska Wojciecha Korfantego też oczywiście nikt nie przypomniał.
Narodowe Święto Niepodległości w 2010 roku nie jest świętem wszystkich Polaków. To święto piłsudczyzny. Wszystko obraca się wokół jednej osoby, dla reszty nie ma miejsca, nawet dla tych najbardziej zasłużonych. Dopóki ojcowie naszej wolności w sposób celowy, systematyczny i planowy będą przemilczani, dopóki nie będzie się ich sylwetek przybliżać młodemu pokoleniu, dopóki nie będzie się sprawiedliwie mówić o ich zasługach, dopóty 11 listopada 1918 roku nie będzie Narodowym Świętem Niepodległości, ale świętem zawłaszczonym przez piłsudczyznę, tak jak to ma miejsce dzisiejszego dnia. Co ciekawe w spojrzeniu na dzisiejszą Polskę w wielu kwestiach zgadzam się z piłsudczykami, ale nigdy nie zaakceptuję i nie będę biernie patrzył na zawłaszczanie przez nich historii. 11 listopada powinien być świętem wszystkich Polaków, a nie tylko piłsudczyków.




Komentarze
Pokaż komentarze (2)