To, że Ewa Kopacz jest kobietą, to - jak przytomnie zauważył poseł Dorn dzisiaj w Sejmie - jeszcze nie jest argument na rzecz powierzenia jej stanowiska marszałka. Jest to, mówiąc wprost, argument głupi jak przysłowiowy but z lewej nogi (niech się nie obrażają lewonożni, tak się mówi, taki jest usus w języku polskim). Co byście powiedzieli na takie dictum: Leszek Balcerowicz jest wybitnym ekonomistą, a do tego mężczyzną, dlatego świetnie się nadawał na stanowisko ministra finansów, a potem prezesa NBP. Taka fraza brzmi jak piramidalne głupstwo i jest piramidalnym głupstwem. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku tego rodzaju argumentacji na rzecz faktycznego nominowania Ewy Kopacz ma stanowisko marszałka Sejmu.
Oczywiście nie obawiam się tego, że pani marszałek (błagam, tylko nie "marszałkini" !) jest kobietą. Tak jak nie jest to żadnym argumentem "za", tak też nie może być argumentem "przeciw". A więc czego się obawiam? Dwóch cech nowej pani marszałek.
Po pierwsze, Ewa Kopacz jako minister była nie tyle nawet lojalnym (to by była zaleta), ale nad-lojalnym współpracownikiem premiera. Pani marszałek wydaje się czytać z układu ust premiera i z jego spojrzenia, jakie są życzenia Donalda Tuska. Zero dystansu, a to już przesada. Oczywiście jest bzdurą powtarzany dziś przez tabuny dziennikarzy slogan, że stanowisko marszałka Sejmu daje temu, kto je aktualnie sprawuje, wielką władzę, a nawet niezależność polityczną. Wystarczy przypomnieć sobie polityczne losy marszałków, którzy popadli w niełaskę u swoich mocodawców (Marek Jurek, a teraz Grzegorz Schetyna), żeby wiedzieć, że to humbug. Zresztą nie trzeba w tym widzieć jakiej szczególnej wady polskiego parlamentaryzmu - także w starych demokracjach działających wedle mechanizmów większościowych (co, nota bene, jest o niebo lepsze niż parlamentokracja), przewodniczący izby w praktyce jest wykonawcą planów politycznych szefa większości. Przewodniczący jest w faktycznej, nie konstytucyjnej, hierarchii politycznej nie tylko poniżej prezydenta i premiera, ale często także poniżej szefa frakcji parlamentarnej rządzącego ugrupowania. Tak też zapewne będzie u nas w tej kadencji Sejmu pod rządami pani marszałek Kopacz. Zatem nie oczekiwałbym, że pani marszałek wybije się na niezależność, a pod jej przewodem Sejm odzyska blask i siłę władzy ustawodawczej, niezależnej od rządu. Tak nie będzie i nawet być nie powinno – ale to temat na inną okazję. Oczekiwałbym jednak, że pani marszałek nie będzie zwykłą tubą premiera i szefa klubu PO. Boję się, widząc dotychczasową sylwetkę polityczną pani Kopacz, że się tego nie doczekam.
Po drugie, marszałek Sejmu, nawet jeśli pozostaje stronniczy na korzyść swojej partii, powinien posiadać pewne naturalne zdolności koncyliacyjne. Żeby miał w sobie jakąś – właśnie - parlamentarną łagodność obyczajów, co by pozwoliło uchronić się przed bodaj największymi awanturami (bo że całkiem, to nie wierzę). Pewien dystans do siebie, pewien poziom poczucia humoru. Takie cechy marszałka pozwalają opozycji nie czuć się notorycznie spychaną do kąta, a to tworzy jakiś minimalny klimat politycznego zaufania. Obawiam się, obserwując jej dotychczasowe dokonania, że pani Kopacz tego właśnie nie potrafi.
Jeśli się mylę odszczekam, ale dziś tak widzę perspektywę rządów Ewy Kopacz w fotelu marszałka Sejmu, niestety.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)