Inicjatywa Donalda Tuska, aby cała władza w państwie znalazła się w ręku premiera, zaś prezydent wybierany przez Zgromadzenie Narodowe i pozbawiany prawa weta stanowił jedynie ornament, na szczęście nie ma szans na realizację. Projektu zmian w konstytucji nie zaakceptowały PiS oraz SLD, ludowcy - koalicjant PO - wypowiadali się niejednoznacznie, ale bez entuzjazmu. Najważniejsze, że Polacy gremialnie odrzucili pomysł D. Tuska. We wszystkich badaniach ok. 80 -90% ankietowanych opowiedziało się za wyborem prezydenta w wyborach powszechnych (tak jak od 1990 r.).
Z hasła rzuconego przez lidera PO nie będzie nic, nawet Tomasz Lis, admirator Platformy, na łamach „Polski The Times” z 28 listopada zauważył, że dyskusja na temat zmian w konstytucji „zdycha”. Sam pomysł D. Tuska uczynienia z prezydenta paprotki na partyjnym stole (to partie mające większość w Sejmie i Senacie decydowałyby o wyborze głowy państwa) mówi jednak wiele. D Tusk nie dowierza sondażom, boi się powszechnych, cieszących się dużym zainteresowaniem społecznym, wyborów prezydenckich. Chce zlikwidować wybory, które są okazją do debaty o stanie państwa, możliwością prezentacji innych niż rządowy punktów widzenia, szansą na uformowanie wokół popularnych kandydatów na prezydenta nowych partii i ruchów politycznych. Pragnie odebrać Polakom możliwość zmiany na scenie politycznej, dąży do zakonserwowania korzystnego dla siebie i swojej formacji status quo. Jego celem jest - jak trafnie wiele miesięcy temu na łamach „Dziennika” zaważył Jan Rokita - hegemonia.
Gdyby dziś zrealizować plan D. Tuska to cała władza trafiłaby do rąk aparatu PO, zaś urząd prezydenta stałby się synekurą przydzielaną podczas partyjnych targów i zależną od kaprysu lidera partii rządzącej. W ten sposób domknąłby się system oligarchiczny (pisał o tym celnie Piotr Skwieciński na łamach „Rzeczpospolitej”). Majętna (realnie reprezentuje ludzi bogatych!) i dysponująca przewagą w mediach Platforma ugruntowałaby swoją przewagę. Postulowany przez D. Tuska obrót spraw mieć miejsca nie może. Żeby usprawnić rządzenie w naszym kraju trzeba raczej wzmocnienia prezydenta wybieranego przez ogół Polaków, a nie zwiększenia kompetencji premiera zależnego od gier partyjnych. Im więcej bezpośrednich wyborów tym większa podmiotowość społeczeństwa. Demokracja i pomyślność Polski to więcej niż partyjne harce i prywatne ambicje obecnego lidera PO.


Komentarze
Pokaż komentarze