Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zostały zablokowane konta Polskiego Stronnictwa Ludowego, partii współtworzącej rząd. Okazało się, że ludowcy w wyborach w 2001 r. niezgodnie z przepisami finansowali kampanię wyborczą, mieli zapłacić karę w wysokości 9 milionów złotych, nie spłacali zobowiązań, zaś obecnie ich dług powiększony o odsetki wynosi 18 mln zł.
Można wzruszyć ramionami i powiedzieć, że PSL na taki los zasłużył. Tyle lat nie płacił należności wobec skarbu państwa i przegrał sprawę w sądzie, więc niech teraz płacze i płaci - dura lex, sed lex! Ale sprawa ma drugie dno i polityczny kontekst. Okazało się bowiem, że wobec nieustępliwości urzędu skarbowego posłowie PSL interweniowali kilkakrotnie u Jacka Rostowskiego, ministra finansów związanego z PO, ale ten prośby ludowców stanowczo odrzucił. PSL w ramach dotacji dla partii politycznych otrzymuje rocznie z budżetu 19 mln zł na działalność, więc gdyby w 2010 r. miał oddać 18 mln to zostałby praktycznie bez środków na działalność, a przede wszystkim na kampanie wyborcze: prezydencką i samorządową. Obcesowe oddalenie próśb PSL przez ministra z PO zdaje się świadczyć o tym, że Platforma w roku wyborczym chce zmusić koalicjanta do uległości i wziąć go na krótką smycz. Działacze PSL w rozmowach z dziennikarzami nie mają wątpliwości, komu zawdzięczają nieprzyjemną niespodziankę, mówią o „zgniłym jaju pod choinkę”, „linczu”, „chwyceniu PSL za gardło przez PO”. Bardzo zdenerwował się nawet Waldemar Pawlak, prezes PSL i wicepremier, człowiek z natury flegmatyczny.
PSL znalazł się w poważnych opałach, bowiem zajęcie dotacji budżetowej na rok 2010 na poczet zadłużenia grozi paraliżem partii i brakiem środków na kampanie wyborcze. Pod presją finansowych konieczności ludowcy pewnie Platformie w paru sprawach ustąpią (to będzie cena za korzystne rozłożenie długu na raty), ale brutalności koalicjanta i upokorzenia nie zapomną. Z chłopskim spokojem poczekają na okazję do rewanżu.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)