W czwartek 21 stycznia przed komisją hazardową zeznawał Zbigniew Chlebowski, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Obłożył się stosem notatek i dokumentów, twarz ukrył za grubą warstwą pudru i …atakował. Jego zdaniem afery hazardowej nie było (sic!), to Mariusz Kamiński, były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, uknuł spisek przeciwko Platformie i zastawił „pułapkę” na premiera Donalda Tuska.
Z. Chlebowski twierdził, że jest niewinny, przedstawiał się jako ofiara „nagonki” służb specjalnych i mediów. Przy niewygodnych dla siebie pytaniach zasłaniał się niepamięcią, swoje kompromitujące rozmowy z Ryszardem Sobiesiakiem i Janem Koskiem, biznesmenami z branży hazardowej, określił łagodnie jako „niefrasobliwe”. Ten czołowy do niedawna polityk PO i zaufany D. Tuska (był jednym z trzech kandydatów na premiera po ewentualnej wygranej D. Tuska w wyborach prezydenckich) banalizował obciążające go dowody. Przyjął strategię pójścia w zaparte i nie przyznał się do niczego.
Dla kogoś, kto ma rozum, umie oddzielić prawdę od fałszu i choćby troszeczkę interesuje się polityką, występ czołowej postaci PO (po wybuchu afery hazardowej zawieszonej w prawach członka partii na 3 miesiące) był żenującym widowiskiem. Z Chlebowski bowiem opowiedział przesłuchującym go posłom i opinii publicznej wielogodzinną bajkę, w której „dobrą Platformę” atakuje „zły PiS”. Siebie obsadził w roli niewinnego i uczciwego bohatera, zaś szwarccharakterem uczynił M. Kamińskiego. Strojąc miny, przewracając oczami, wskazując oskarżycielskim palcem, modulując głos, kipiąc od świętego oburzenia, a także w przerwach zmieniając koszule i poprawiając makijaż (żeby nie było widać potu i emocji), odegrał starannie wyreżyserowaną teatralną sztukę. Ciekawe, ile osób spośród wielomilionowej widowni się na to nabierze?


Komentarze
Pokaż komentarze (1)